Nie
wiedziałam co robię, co ze mną robią i co zrobię. Wszystkie 3
myśli targały moim umysłem. Nie byłam w stanie normalnie myśleć.
Nie potrafiłam zrozumieć. Siedziałam, nie wiedząc : co dalej?
Obok
mnie siedziała Victoria. Jedyna osoba którą znałam do dna. Była
osobą której mogłam zaufać. Tylko jej. Na tamtą chwilę nie
miałam nikogo wartego ufania, poza nią. Z resztą, teraz każdy
musiał polegać na samym, sobie.
Martwił
mnie jeden fakt. Za cholerę nie mogłam usytuować w czasie jednej
sytuacji. Skoro mają z nami skończyć, to : KIEDY? W tedy zrodziła
się w mojej głowie jedna myśl. Jeśli owa czynność ma nadejść
nie w przeciągu kilku najbliższych godzin, to może jest jakaś
szansa, na to, aby jakimś cudem uciec. Nie wiem dokąd, i nie wiem,
jak byśmy przeżyli. Tak, przeżyli. Nie przeżyły. Nie chodzi tu
tylko o mnie i Vickie. Jak uciekamy, to wszyscy. Japierdole, sama w
siebie nie wierzę...
A
może to nawet dobrze? Chociaż... nie. Nie jest to dobre. Czuje że
wdepnęliśmy
w gówno i nie umiemy wyleźć. Trzeba stąd
wiać a nie wiem jak i nie wiem dokąd. Zastanawia mnie też jeszcze
jedna sprawa : co z Ethanem i Loganem? Nie żebym się przejmowała,
ale co z nimi?
Czułam
się niezbyt komfortowo na tamtą chwilę. Z resztą, kto się czuł?
Muszę przyznać że znudziło mi się bycie niewolnicą i w stu
procentach mam tego dość. Tak więc mogę śmiało przyznać że na
tamtą chwilę byłam dość mocno napalona na to, żeby działać.
Szkoda że tylko ja...
Chociaż...
nie dziwię się. Vickie, leżała mi na ramieniu burcząc coś pod
nosem. Znając życie był to fragment piosenki o Tytanicu, ale
pomińmy to. Widać było z kilometra że ma coś na myśli ale nie
chce się wysilać nad obmyślanie strategii ucieczki, tylko woli
zostawić sobie to na potem. Z kolei Justin był bardzo zajęty
absolutnym nic nie robieniem. Dosłownie. Siedział jakby zaraz świat
miał się skończyć. Szturchnęłam go butem.
-co?
- ocknął się z transu
-weź
się człowieku ocknij, wyglądasz jakby zaraz świat miał się
skończyć...
-uwierz
że tak będzie - odburknął chowając twarz pod łokciami, udając
że śpi.
-co
za szczerość.
Postanowiłam
nie negocjować. Spojrzałam na Harry'ego. Patrzył przez łokieć
gdzieś w nieokreślony punkt. Zaczęłam się mu uważnie
przyglądać. No bo co? Patrzy gdzie indziej, to nie wie że się
gapię. Proste. Zauważyłam całą serię siniaków, co było czymś
raczej standardowym przez ostatnie dni. Poza tym potargane nieco
włosy, wielkie dłonie, przybrudzone ciuchy i wzrok. Od zawsze
podobały mi się jego oczy. Nie kwestionuje to faktu że jest podły,
ale oczy ma ładne.
Czułam
się bardzo dziwnie z faktem że przestałam się go bać, ale też
nie mogłam pojąć, dlaczego nie czuję obrzydzenia kiedy na niego
patrzę. Odebrał mi cnotę i powinnam go nienawidzić. A ja tego nie
odczuwam...
Znaczy, coś tam jest, ale... sama już nie wiem co mi się dzieje.
Raz go nienawidzę i życzę mu śmierci a raz chcę go ratować.
Sama już nie wiem.
-Megan,
oni muszą wyjechać gdzieś na jakąś drogę albo coś z tych
rzeczy, no nie? - szepnęła do mnie Vickie
-no,
w sumie racja, a co?
-bo...
tak logicznie myśląc, to zawsze jest jakaś szansa że uda nam się
przez szybę zwrócić na siebie uwagę jakiegoś kierowcy co będzie
jechał za nami. No a w tedy to może i nawet dość szybko byśmy z
tego wyszli...
-Vick,
masz rację, ale czy nie wydaje ci się to zbyt łatwe?
Jej
pomysł był na serio świetny ale, czy to nie byłoby zbyt łatwe
gdyby udało nam się zwiać w tak banalny sposób? Pozatym, już
zdążyłam zapomnieć o tym, że żyjemy w czasach, gdzie
posiadanie niewolników jest legalne i nie każdy przejmowałby się
naszym losem, dlatego prawdopodobieństwo bycia uratowanym, malało z
każdą chwilą. Czułam się dosłownie jak gówno.
-Vick,
posiadanie niewolników na chwilę obecną jest legalne. Sądzisz że
ktoś by się nami przejął?
Spojrzała
na mnie, wiedząc że jesteśmy w tak gównianej sytuacji, że już
bardziej się chyba nie da... Denerwował mnie fakt że nie wiem
zupełnie niczego na temat planów owej bandy w sprawie z nami. Nie
licząc faktu że chcą nas zgwałcić. Co za szajs...
VICKIE'S
POV
Jazda
nam się tak cholernie dłużyła. Przez drobne okienko w drzwiach
zaczynało wpadać coraz mniej światła, dlatego wnioskowałam że
dzień się powoli kończy, lub jedziemy nieustannie lasem. Nie wiem.
Za
to zdziwiłam się jak cholera, czując nagły przypływ palącego
uczucia w gardle i ściskania w żołądku, kiedy samochód zatrzymał
się na dobre i usłyszałam otwieranie drzwi przy przodzie.
Odruchowo skierowałam wzrok na Megan, której ani trochę nie
spieszyło się żeby gdziekolwiek wysiadać. Potem, to tak po
prostu, obrzuciłam wzrokiem chłopaków. Justin robił wrażenie
jakby oczy miały mu wypaść z oczodołów a Harry... ciężko
określić jak wyglądał na tamtą chwilę...
-Meg,
co robimy? - szturchnęłam ją łokciem
-na
chwilę obecną, brak mi jakiegokolwiek pomysłu...
-no
ale przecież mieliśmy dać nogi...
-Vick,
nie wiem co dalej.
Usłyszałam
głosy z zewnątrz. To byli dokładnie ci sami, których głosy
zdążyłam zapamiętać od ostatniej ''wizyty''.
-Gdzie
ich dajemy? - rzucił ktoś
-Piwnica,
albo dzienny.
-w
dziennym nie, bo się nabrudzi – czym ma się nabrudzić ?!
-no
to do piwnicy.
-wszystkich?
-no
te dwie da się na jedną stronę a tamtych na drugą.
-no
to lecimy.
Usłyszałam
odgłos szarpnięcia za klamkę i nagle walnęło mi światłem po
oczach. Drzwi się otwarły i ktoś dość agresywnie wytargał mnie
za ramię, stawiając na równe nogi. To nie było przyjemne.
Pierwsze co zrobiłam to obrzuciłam wzrokiem, miejsce gdzie mnie
zawieźli. Dom w środku lasu. No dobra, willa. Nie cierpię lasów!
Obok
mnie ktoś przytrzymywał dość złą Megan, podczas gdy ostatnią
dwójkę dopiero wyciągali z samochodu. Krzyczeli po sobie nawzajem,
wyzywając się od dziwek, szmat i tym podobnych. Justina dosłownie
wyszarpali z samochodu, Harry'emu musieli mocniej unieruchomić
ramiona, bo by nie dał się wyprowadzić.
Poczułam
że ktoś pcha mnie w stronę domu. Czułam w sobie opór ale nie
chciałam zostać uderzona, dlatego pozwoliłam sobą pokierować.
Wprowadzili nas do domu.
Na
''dzień dobry'' wepchnięto nas do jakiegoś oddzielonego od reszty
pokoi pomieszczenia, w którym chyba już kiedyś kogoś trzymano. A
co bynajmniej takie sprawiało wrażenie.
Zaraz
po tym jak siłą sprowadzono mnie do pozycji klęczącej, poczułam
zimny i ciężki metal obciążający moje kostki u nóg. Krótki
łańcuch uniemożliwiał swobodę ruchu i jedyną wygodną pozycją
na jaką mogłam sobie pozwolić było siedzenie. Chociaż w sumie,
czy łatwo jest siedzieć spokojnie ze świadomością że jakieś
pół metra przed twoim nosem zaczynają okładać pięściami
drugiego człowieka? Obok mnie posadzili Megan, a po drugiej stronie
pokoju, do ściany przykuto Justina i Harry'ego, którym ucieczkę
uniemożliwiał ciężki metal wokół szyi, łańcuch a także
unieruchomione poprzez kajdanki, nadgarstki. Nam zdjęli to
chujostwo, im nie. Nie byłam pewna czy chcę tam być...
-kogo
my tu mamy? - jeden z ludzi, podszedł nieco, rzucając kąśliwe
pytanie. - role się zamieniły i już nie jest wam tak na rękę,
nie?
-nie
macie podstaw do tego żeby nas tu trzymać – odburknął Justin
-niby
racja – przerwał na chwilę – ale skoro role się zamieniły, to
wcale nie muszę się tłumaczyć z tego że kazałem was tu
sprowadzić.
-jesteś
kurwa chory! - dłoń owego mężczyzny zetknęła się z twarzą
Justina. Mocno.
-zamknij
się – warknął. - jesteście teraz pod moją kontrolą i to ja
decyduję co wam wolno a co nie.
-pod
jaką kurwa kontrolą? Czy ciebie człowieku już do końca pojebało?
- Harry podniósł głowę do góry robiąc zdegustowaną minę
-a
w mordę?
-spierdalaj!
- Harry splunął na buta owego mężczyzny
-sam
się o to prosiłeś.
Podszedł
do Harry'ego, krzyżując w dłoni pasek w połowie, po czym biorąc
spory zamach cisnął paskiem w twarz Styles'a. Nieprzygotowany na
cios chłopak, przewrócił się na lewy bok, jęcząc z bólu i
kuląc się na podłodze. Zacisnęłam wargi, słysząc jego
syknięcie. Mężczyzna chwycił w garść jego loki i szarpnął go
do pozycji siedzącej. Jedną ręką trzymając go w pozycji
siedzącej, drugą zaś szorstko potarł po powstałej na twarzy
chłopaka, czerwonej i lekko spuchniętej plamie. Szarpnął za jego
loki uderzając tylną częścią jego głowy i ceglaną ścianę.
Justin w pierwszej chwili był sparaliżowany, ale kiedy ogarnął że
tamten może go uderzyć jeszcze raz, w końcu się ocknął.
-zostaw
go! - szarpnął mocno dłońmi, które rozerwały zawias w jednej
części kajdanek. Wolnym ramieniem odgrodził dostęp do Stylesa
mężczyźnie, stojącemu ciągle z paskiem w dłoni. Nie na długo.
-skujcie
go z powrotem.
-nie,
kurwa, zostawcie mnie! - Justin rzucał się rozgorączkowany.
Mężczyzna dominujący nad nimi, postanowił szorstko go poskromić,
uderzając paskiem w jego uda, momentalnie go uciszył. Słyszałam
tylko syknięcie, i wstrzymany oddech.
-no.
Czyli jednak potraficie się zamknąć i być posłuszni. - spojrzał
na nich, prawdopodobnie z wyższością. - dobre suki.
Żaden
z nich nie otworzył warg żeby cokolwiek powiedzieć. Siedzieli
cicho, prawdopodobnie powoli dochodzili do siebie po ciosach.
-od
teraz, każdy wasz sprzeciw będzie karany. Czy wam się to podoba,
czy nie. Przyswójcie sobie ten fakt.
Nie
chciałam na to patrzeć a byłam świadoma faktu że będę zmuszona
na to patrzeć za każdym razem. Nie chciałam słyszeć tego bólu w
jękach, oddechu, widzieć ich twarzy skrzywionych przez bolesne
uderzenia. Musiałam coś wymyślić ale nie wiedziałam co...
-powiedzmy
że macie ostatnie 15 minut odpoczynku. Zaraz tu wrócimy. Radzę
wykorzystać te 15 minut.
Powiedział
bez jakiej kolwiek obawy lub współczucia w głosie, po czym on i
jego banda – wyszli. Spojrzałam na swoje kostki. Nie dałam rady
się z nich uwolnić. Czułam już wtedy, że czeka mnie długa
przeprawa psychiczna przez to co będę zmuszona znieść. Chwyciłam
za rękę Meg, splatając palce w jej dłoni, będąc świadoma że
tak właściwie nic poza tym, mi tak naprawdę nie zostało...
Podniosłam
oczy do góry. Nie wiedziałam czy tego chcę czy nie, ale zetknęłam
się ze wzrokiem Justina. Patrzył na mnie przez chwilę, po czym
ciężko wzdychając poruszył wargami na słowa : ''będzie
dobrze...''.
W
głębi korytarza już słyszałam kroki. Za oknem był dopiero
wczesny wieczór, awięc zapowiadało się bardzo nieprzyjemne
spędzanie czasu. Przysunęłam się do Megan, opierając głowę o
ceglaną ścianę której nierówności wrzynały mi się w plecy.
Popatrzyłam jeszcze raz na Justina, mając nadzieję że popatrzę
mu w oczy. Niestety zobaczyłam jedynie zawiedzionego chłopaka
mającego zapewne wyrzuty sumienia. Nie wiem co czułam. Wiem tylko
tyle że się wystraszyłam, kiedy w drzwiach ukazało się 3
mężczyzn z czego jeden miał nóż w dłoni.
Tamci
dwaj musieli wiedzieć co mają zrobić. Bez żadnej komendy chwycili
za wcześniej upięte za plecami, nadgarstki chłopaków, po czym
uwalniając od kajdanek, ponownie zakuli we wrzynający się, ciężki
metal i upięli ponad ich głowami. Kiedy te czynności zostały
wykonane popatrzyłam na Justina. Był dosłownie przerażony.
MEGAN'S
POV
Nie
wiedziałam co się dzieje. Bałam się i za razem czułam w sobie
gniew. Przed nami stało trzech mężczyzn z czego jeden trzymał
nóż. Mam z nim złe wspomnienia... Przeszedł mnie niemiły skurcz
w żołądku.
-teoretycznie
powinniście teraz dostać nowych niewolników, a starych powinniście
byli już dawno zabić. I zupełnie nie rozumiem dlaczego tego nie
zrobiliście? - przerwał. Żaden z chłopców mu nie odpowiedział.
- te dwie dziwki co siedzą przed wami, też powinny były być już
dawno martwe. Ale, z jakiegoś powodu dalej są żywe. Więc moje
pierwsze, proste pytanie, czemu ich nie zabiliście?
Podszedł
bliżej Justina który gryzł się w wargę nie chcąc nic
powiedzieć. Siedział nieziemsko zły. W pewnym momencie jednak,
poczułam że nie powinno mnie tam być. Mężczyzna który zadał
pytanie, nie czekał aż Justin mu odpowie. Z rozmachu poderżnął
Justinowi prawy nadgarstek z którego posączyła się krew. Chłopak
wrzasnął, czując palący ból.
-kurwa,
odpowiedz! - syknął długonogi
-chuja
się ode mnie dowiesz!
Chwilę
potem, mężczyzna poderżnął Justinowi drugi nadgarstek. Z jego
ran lała się krew, cieknąc po ramionach. Zakryłam dłonią usta.
Widziałam ból wymalowany na jego twarzy. Powstrzymywał się od
krzyku tak mocno jak tylko umiał. Otwarte rany piekły go w
unieruchomione nadgarstki. Spojrzałam na Vickie. Patrzyła na niego
z przerażeniem. Mężczyzna odszedł od Justina.
-skoro
ty mi nie powiesz, to może od kogoś innego się tego dowiem –
podszedł do Harry'ego wycierając zakrwawiony nóż o ramię
chłopaka. - czemu one żyją?
-ja
sam nie wiem...
-doprawdy?
- wyjął z kieszeni drugi nóż
-jeżeli
powiem, że właśnie tym nożem, za chwilę poderżnę jej gardło,
to może jednak coś sobie przypomnisz? - wskazał w moją stronę.
Nie wiem skąd wiedział że Harry jest w jakimś stopniu ze mną
powiązany, ale nie podobało mi się to, że on chciał mi poderżnąć
gardło... - resztą skoro wy ich nie zabiliście, to jasna sprawa że
my to zrobimy za was.
-nie
macie kurwa prawa tego zrobić!
-to
mi wytłumacz, dlaczego one jeszcze żyją?! Miały być martwe! Oni
wszyscy mieli pozdychać wy nędzne kurwy!
-do
jasnej cholery nie wiem dlaczego, po prostu nie chcieliśmy ich
zabijać, tyle!
-nie
chcieliście ich zabijać, tak … ? - zamyślił się na chwilę, po
czym w napadzie furii przerżnął nadgarstek Harry'ego, przebijając
się nożem na wylot i przywierając go do ściany. Chłopak
wrzasnął, wijąc się pod wpływem bólu pękniętej kości i
rozerwanej skóry. Z rany ciekły strumienie krwi a chwilę potem
usłyszałam gorzkie łzy. Harry nie umiał opanować swojego ciała.
Był przerażony bólem i nie umiał się opanować.
Długonogi
szarpnął za nóż, wyciągając go ze ściany ale zostawiając w
ciele chłopaka.
-może
teraz mi powiesz, co wami kierowało? - wbił palce w jego rękę po
czym drugą dłonią zaczął wiercić nożem dziurę w ranie, łamiąc
mu kości.
-ja
nic nie wiem, ja naprawdę, nie wiem! - krzyczał nie mogąc znieść
bólu, który zadawał mu nóż w jego ciele.
Byłam
przerażona tym co się działo. Ten chłopak nie potrafił opanować
bólu, którego nigdy w sobie nie czuł. Był wobec niego bezsilny.
Justin siedział, nieruchomo, czekając aż rany się zaklepią. Miał
zamknięte oczy. Nie chciał patrzeć na to co się działo z
Harry'm. Poczułam łzę na policzku. Było mi tak cholernie szkoda
Styles'a.
-przestań,
błagam, przestań! - wrzasnął, kiedy długonogi ponownie
przekręcił w nim nóż.
Mężczyzna
wyjął z niego ostre narzędzie. Odszedł krok do tyłu, po czym
kopnął chłopaka w kolano i razem z dwójką towarzyszy, wyszedł
zamykając drzwi. Patrzyłam na to jak Harry bezsilnie usiłuje
uwolnić zdrowy nadgarstek żeby chociaż odrobinę zniwelować w
sobie ból. Nie dałam rady patrzeć na jego cierpienie.
I
dopiero teraz zrozumiałam, że jednak nie dała bym rady się nad
nim znęcać. Ja dopiero teraz widzę że nie potrafiłabym zadać mu
bólu. Dopiero teraz widzę, że chyba zaczyna mi na nim zależeć...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz