sobota, 25 października 2014

Rozdział 23.

Nie wiedziałam co robię, co ze mną robią i co zrobię. Wszystkie 3 myśli targały moim umysłem. Nie byłam w stanie normalnie myśleć. Nie potrafiłam zrozumieć. Siedziałam, nie wiedząc : co dalej?

Obok mnie siedziała Victoria. Jedyna osoba którą znałam do dna. Była osobą której mogłam zaufać. Tylko jej. Na tamtą chwilę nie miałam nikogo wartego ufania, poza nią. Z resztą, teraz każdy musiał polegać na samym, sobie.

Martwił mnie jeden fakt. Za cholerę nie mogłam usytuować w czasie jednej sytuacji. Skoro mają z nami skończyć, to : KIEDY? W tedy zrodziła się w mojej głowie jedna myśl. Jeśli owa czynność ma nadejść nie w przeciągu kilku najbliższych godzin, to może jest jakaś szansa, na to, aby jakimś cudem uciec. Nie wiem dokąd, i nie wiem, jak byśmy przeżyli. Tak, przeżyli. Nie przeżyły. Nie chodzi tu tylko o mnie i Vickie. Jak uciekamy, to wszyscy. Japierdole, sama w siebie nie wierzę...

A może to nawet dobrze? Chociaż... nie. Nie jest to dobre. Czuje że wdepliśmy w gówno i nie umiemy wyleźć. Trzeba stąd wiać a nie wiem jak i nie wiem dokąd. Zastanawia mnie też jeszcze jedna sprawa : co z Ethanem i Loganem? Nie żebym się przejmowała, ale co z nimi?

Czułam się niezbyt komfortowo na tamtą chwilę. Z resztą, kto się czuł? Muszę przyznać że znudziło mi się bycie niewolnicą i w stu procentach mam tego dość. Tak więc mogę śmiało przyznać że na tamtą chwilę byłam dość mocno napalona na to, żeby działać. Szkoda że tylko ja...

Chociaż... nie dziwię się. Vickie, leżała mi na ramieniu burcząc coś pod nosem. Znając życie był to fragment piosenki o Tytanicu, ale pomińmy to. Widać było z kilometra że ma coś na myśli ale nie chce się wysilać nad obmyślanie strategii ucieczki, tylko woli zostawić sobie to na potem. Z kolei Justin był bardzo zajęty absolutnym nic nie robieniem. Dosłownie. Siedział jakby zaraz świat miał się skończyć. Szturchnęłam go butem.

-co? - ocknął się z transu
-weź się człowieku ocknij, wyglądasz jakby zaraz świat miał się skończyć...
-uwierz że tak będzie - odburknął chowając twarz pod łokciami, udając że śpi.
-co za szczerość.

Postanowiłam nie negocjować. Spojrzałam na Harry'ego. Patrzył przez łokieć gdzieś w nieokreślony punkt. Zaczęłam się mu uważnie przyglądać. No bo co? Patrzy gdzie indziej, to nie wie że się gapię. Proste. Zauważyłam całą serię siniaków, co było czymś raczej standardowym przez ostatnie dni. Poza tym potargane nieco włosy, wielkie dłonie, przybrudzone ciuchy i wzrok. Od zawsze podobały mi się jego oczy. Nie kwestionuje to faktu że jest podły, ale oczy ma ładne.

Czułam się bardzo dziwnie z faktem że przestałam się go bać, ale też nie mogłam pojąć, dlaczego nie czuję obrzydzenia kiedy na niego patrzę. Odebrał mi cnotę i powinnam go nienawidzić. A ja tego nie odczuwam... Znaczy, coś tam jest, ale... sama już nie wiem co mi się dzieje. Raz go nienawidzę i życzę mu śmierci a raz chcę go ratować. Sama już nie wiem.

-Megan, oni muszą wyjechać gdzieś na jakąś drogę albo coś z tych rzeczy, no nie? - szepnęła do mnie Vickie
-no, w sumie racja, a co?
-bo... tak logicznie myśląc, to zawsze jest jakaś szansa że uda nam się przez szybę zwrócić na siebie uwagę jakiegoś kierowcy co będzie jechał za nami. No a w tedy to może i nawet dość szybko byśmy z tego wyszli...
-Vick, masz rację, ale czy nie wydaje ci się to zbyt łatwe?

Jej pomysł był na serio świetny ale, czy to nie byłoby zbyt łatwe gdyby udało nam się zwiać w tak banalny sposób? Pozatym, już zdążyłam zapomnieć o tym, że żyjemy w czasach, gdzie posiadanie niewolników jest legalne i nie każdy przejmowałby się naszym losem, dlatego prawdopodobieństwo bycia uratowanym, malało z każdą chwilą. Czułam się dosłownie jak gówno.

-Vick, posiadanie niewolników na chwilę obecną jest legalne. Sądzisz że ktoś by się nami przejął?

Spojrzała na mnie, wiedząc że jesteśmy w tak gównianej sytuacji, że już bardziej się chyba nie da... Denerwował mnie fakt że nie wiem zupełnie niczego na temat planów owej bandy w sprawie z nami. Nie licząc faktu że chcą nas zgwałcić. Co za szajs...

VICKIE'S POV

Jazda nam się tak cholernie dłużyła. Przez drobne okienko w drzwiach zaczynało wpadać coraz mniej światła, dlatego wnioskowałam że dzień się powoli kończy, lub jedziemy nieustannie lasem. Nie wiem.

Za to zdziwiłam się jak cholera, czując nagły przypływ palącego uczucia w gardle i ściskania w żołądku, kiedy samochód zatrzymał się na dobre i usłyszałam otwieranie drzwi przy przodzie. Odruchowo skierowałam wzrok na Megan, której ani trochę nie spieszyło się żeby gdziekolwiek wysiadać. Potem, to tak po prostu, obrzuciłam wzrokiem chłopaków. Justin robił wrażenie jakby oczy miały mu wypaść z oczodołów a Harry... ciężko określić jak wyglądał na tamtą chwilę...

-Meg, co robimy? - szturchnęłam ją łokciem
-na chwilę obecną, brak mi jakiegokolwiek pomysłu...
-no ale przecież mieliśmy dać nogi...
-Vick, nie wiem co dalej.

Usłyszałam głosy z zewnątrz. To byli dokładnie ci sami, których głosy zdążyłam zapamiętać od ostatniej ''wizyty''.

-Gdzie ich dajemy? - rzucił ktoś
-Piwnica, albo dzienny.
-w dziennym nie, bo się nabrudzi – czym ma się nabrudzić ?!
-no to do piwnicy.
-wszystkich?
-no te dwie da się na jedną stronę a tamtych na drugą.
-no to lecimy.

Usłyszałam odgłos szarpnięcia za klamkę i nagle walnęło mi światłem po oczach. Drzwi się otwarły i ktoś dość agresywnie wytargał mnie za ramię, stawiając na równe nogi. To nie było przyjemne. Pierwsze co zrobiłam to obrzuciłam wzrokiem, miejsce gdzie mnie zawieźli. Dom w środku lasu. No dobra, willa. Nie cierpię lasów!

Obok mnie ktoś przytrzymywał dość złą Megan, podczas gdy ostatnią dwójkę dopiero wyciągali z samochodu. Krzyczeli po sobie nawzajem, wyzywając się od dziwek, szmat i tym podobnych. Justina dosłownie wyszarpali z samochodu, Harry'emu musieli mocniej unieruchomić ramiona, bo by nie dał się wyprowadzić.

Poczułam że ktoś pcha mnie w stronę domu. Czułam w sobie opór ale nie chciałam zostać uderzona, dlatego pozwoliłam sobą pokierować. Wprowadzili nas do domu.

Na ''dzień dobry'' wepchnięto nas do jakiegoś oddzielonego od reszty pokoi pomieszczenia, w którym chyba już kiedyś kogoś trzymano. A co bynajmniej takie sprawiało wrażenie.

Zaraz po tym jak siłą sprowadzono mnie do pozycji klęczącej, poczułam zimny i ciężki metal obciążający moje kostki u nóg. Krótki łańcuch uniemożliwiał swobodę ruchu i jedyną wygodną pozycją na jaką mogłam sobie pozwolić było siedzenie. Chociaż w sumie, czy łatwo jest siedzieć spokojnie ze świadomością że jakieś pół metra przed twoim nosem zaczynają okładać pięściami drugiego człowieka? Obok mnie posadzili Megan, a po drugiej stronie pokoju, do ściany przykuto Justina i Harry'ego, którym ucieczkę uniemożliwiał ciężki metal wokół szyi, łańcuch a także unieruchomione poprzez kajdanki, nadgarstki. Nam zdjęli to chujostwo, im nie. Nie byłam pewna czy chcę tam być...

-kogo my tu mamy? - jeden z ludzi, podszedł nieco, rzucając kąśliwe pytanie. - role się zamieniły i już nie jest wam tak na rękę, nie?
-nie macie podstaw do tego żeby nas tu trzymać – odburknął Justin
-niby racja – przerwał na chwilę – ale skoro role się zamieniły, to wcale nie muszę się tłumaczyć z tego że kazałem was tu sprowadzić.
-jesteś kurwa chory! - dłoń owego mężczyzny zetknęła się z twarzą Justina. Mocno.
-zamknij się – warknął. - jesteście teraz pod moją kontrolą i to ja decyduję co wam wolno a co nie.
-pod jaką kurwa kontrolą? Czy ciebie człowieku już do końca pojebało? - Harry podniósł głowę do góry robiąc zdegustowaną minę
-a w mordę?
-spierdalaj! - Harry splunął na buta owego mężczyzny



-sam się o to prosiłeś.

Podszedł do Harry'ego, krzyżując w dłoni pasek w połowie, po czym biorąc spory zamach cisnął paskiem w twarz Styles'a. Nieprzygotowany na cios chłopak, przewrócił się na lewy bok, jęcząc z bólu i kuląc się na podłodze. Zacisnęłam wargi, słysząc jego syknięcie. Mężczyzna chwycił w garść jego loki i szarpnął go do pozycji siedzącej. Jedną ręką trzymając go w pozycji siedzącej, drugą zaś szorstko potarł po powstałej na twarzy chłopaka, czerwonej i lekko spuchniętej plamie. Szarpnął za jego loki uderzając tylną częścią jego głowy i ceglaną ścianę. Justin w pierwszej chwili był sparaliżowany, ale kiedy ogarnął że tamten może go uderzyć jeszcze raz, w końcu się ocknął.

-zostaw go! - szarpnął mocno dłońmi, które rozerwały zawias w jednej części kajdanek. Wolnym ramieniem odgrodził dostęp do Stylesa mężczyźnie, stojącemu ciągle z paskiem w dłoni. Nie na długo.
-skujcie go z powrotem.
-nie, kurwa, zostawcie mnie! - Justin rzucał się rozgorączkowany. Mężczyzna dominujący nad nimi, postanowił szorstko go poskromić, uderzając paskiem w jego uda, momentalnie go uciszył. Słyszałam tylko syknięcie, i wstrzymany oddech.

-no. Czyli jednak potraficie się zamknąć i być posłuszni. - spojrzał na nich, prawdopodobnie z wyższością. - dobre suki.

Żaden z nich nie otworzył warg żeby cokolwiek powiedzieć. Siedzieli cicho, prawdopodobnie powoli dochodzili do siebie po ciosach.

-od teraz, każdy wasz sprzeciw będzie karany. Czy wam się to podoba, czy nie. Przyswójcie sobie ten fakt.

Nie chciałam na to patrzeć a byłam świadoma faktu że będę zmuszona na to patrzeć za każdym razem. Nie chciałam słyszeć tego bólu w jękach, oddechu, widzieć ich twarzy skrzywionych przez bolesne uderzenia. Musiałam coś wymyślić ale nie wiedziałam co...

-powiedzmy że macie ostatnie 15 minut odpoczynku. Zaraz tu wrócimy. Radzę wykorzystać te 15 minut.
Powiedział bez jakiej kolwiek obawy lub współczucia w głosie, po czym on i jego banda – wyszli. Spojrzałam na swoje kostki. Nie dałam rady się z nich uwolnić. Czułam już wtedy, że czeka mnie długa przeprawa psychiczna przez to co będę zmuszona znieść. Chwyciłam za rękę Meg, splatając palce w jej dłoni, będąc świadoma że tak właściwie nic poza tym, mi tak naprawdę nie zostało...

Podniosłam oczy do góry. Nie wiedziałam czy tego chcę czy nie, ale zetknęłam się ze wzrokiem Justina. Patrzył na mnie przez chwilę, po czym ciężko wzdychając poruszył wargami na słowa : ''będzie dobrze...''.

W głębi korytarza już słyszałam kroki. Za oknem był dopiero wczesny wieczór, awięc zapowiadało się bardzo nieprzyjemne spędzanie czasu. Przysunęłam się do Megan, opierając głowę o ceglaną ścianę której nierówności wrzynały mi się w plecy. Popatrzyłam jeszcze raz na Justina, mając nadzieję że popatrzę mu w oczy. Niestety zobaczyłam jedynie zawiedzionego chłopaka mającego zapewne wyrzuty sumienia. Nie wiem co czułam. Wiem tylko tyle że się wystraszyłam, kiedy w drzwiach ukazało się 3 mężczyzn z czego jeden miał nóż w dłoni.

Tamci dwaj musieli wiedzieć co mają zrobić. Bez żadnej komendy chwycili za wcześniej upięte za plecami, nadgarstki chłopaków, po czym uwalniając od kajdanek, ponownie zakuli we wrzynający się, ciężki metal i upięli ponad ich głowami. Kiedy te czynności zostały wykonane popatrzyłam na Justina. Był dosłownie przerażony.

MEGAN'S POV

Nie wiedziałam co się dzieje. Bałam się i za razem czułam w sobie gniew. Przed nami stało trzech mężczyzn z czego jeden trzymał nóż. Mam z nim złe wspomnienia... Przeszedł mnie niemiły skurcz w żołądku.

-teoretycznie powinniście teraz dostać nowych niewolników, a starych powinniście byli już dawno zabić. I zupełnie nie rozumiem dlaczego tego nie zrobiliście? - przerwał. Żaden z chłopców mu nie odpowiedział. - te dwie dziwki co siedzą przed wami, też powinny były być już dawno martwe. Ale, z jakiegoś powodu dalej są żywe. Więc moje pierwsze, proste pytanie, czemu ich nie zabiliście?

Podszedł bliżej Justina który gryzł się w wargę nie chcąc nic powiedzieć. Siedział nieziemsko zły. W pewnym momencie jednak, poczułam że nie powinno mnie tam być. Mężczyzna który zadał pytanie, nie czekał aż Justin mu odpowie. Z rozmachu poderżnął Justinowi prawy nadgarstek z którego posączyła się krew. Chłopak wrzasnął, czując palący ból.

-kurwa, odpowiedz! - syknął długonogi
-chuja się ode mnie dowiesz!

Chwilę potem, mężczyzna poderżnął Justinowi drugi nadgarstek. Z jego ran lała się krew, cieknąc po ramionach. Zakryłam dłonią usta. Widziałam ból wymalowany na jego twarzy. Powstrzymywał się od krzyku tak mocno jak tylko umiał. Otwarte rany piekły go w unieruchomione nadgarstki. Spojrzałam na Vickie. Patrzyła na niego z przerażeniem. Mężczyzna odszedł od Justina.

-skoro ty mi nie powiesz, to może od kogoś innego się tego dowiem – podszedł do Harry'ego wycierając zakrwawiony nóż o ramię chłopaka. - czemu one żyją?
-ja sam nie wiem...
-doprawdy? - wyjął z kieszeni drugi nóż
-jeżeli powiem, że właśnie tym nożem, za chwilę poderżnę jej gardło, to może jednak coś sobie przypomnisz? - wskazał w moją stronę. Nie wiem skąd wiedział że Harry jest w jakimś stopniu ze mną powiązany, ale nie podobało mi się to, że on chciał mi poderżnąć gardło... - resztą skoro wy ich nie zabiliście, to jasna sprawa że my to zrobimy za was.
-nie macie kurwa prawa tego zrobić!
-to mi wytłumacz, dlaczego one jeszcze żyją?! Miały być martwe! Oni wszyscy mieli pozdychać wy nędzne kurwy!
-do jasnej cholery nie wiem dlaczego, po prostu nie chcieliśmy ich zabijać, tyle!
-nie chcieliście ich zabijać, tak … ? - zamyślił się na chwilę, po czym w napadzie furii przerżnął nadgarstek Harry'ego, przebijając się nożem na wylot i przywierając go do ściany. Chłopak wrzasnął, wijąc się pod wpływem bólu pękniętej kości i rozerwanej skóry. Z rany ciekły strumienie krwi a chwilę potem usłyszałam gorzkie łzy. Harry nie umiał opanować swojego ciała. Był przerażony bólem i nie umiał się opanować.

Długonogi szarpnął za nóż, wyciągając go ze ściany ale zostawiając w ciele chłopaka.
-może teraz mi powiesz, co wami kierowało? - wbił palce w jego rękę po czym drugą dłonią zaczął wiercić nożem dziurę w ranie, łamiąc mu kości.
-ja nic nie wiem, ja naprawdę, nie wiem! - krzyczał nie mogąc znieść bólu, który zadawał mu nóż w jego ciele.

Byłam przerażona tym co się działo. Ten chłopak nie potrafił opanować bólu, którego nigdy w sobie nie czuł. Był wobec niego bezsilny. Justin siedział, nieruchomo, czekając aż rany się zaklepią. Miał zamknięte oczy. Nie chciał patrzeć na to co się działo z Harry'm. Poczułam łzę na policzku. Było mi tak cholernie szkoda Styles'a.

-przestań, błagam, przestań! - wrzasnął, kiedy długonogi ponownie przekręcił w nim nóż.

Mężczyzna wyjął z niego ostre narzędzie. Odszedł krok do tyłu, po czym kopnął chłopaka w kolano i razem z dwójką towarzyszy, wyszedł zamykając drzwi. Patrzyłam na to jak Harry bezsilnie usiłuje uwolnić zdrowy nadgarstek żeby chociaż odrobinę zniwelować w sobie ból. Nie dałam rady patrzeć na jego cierpienie.

I dopiero teraz zrozumiałam, że jednak nie dała bym rady się nad nim znęcać. Ja dopiero teraz widzę że nie potrafiłabym zadać mu bólu. Dopiero teraz widzę, że chyba zaczyna mi na nim zależeć...