wtorek, 11 listopada 2014

Rozdział 24.

Nie do końca wierzyłam swoim zmysłom i temu co widziałam. Nie byłam pewna czy śnię czy dzieje się ze mną coś jeszcze innego. Byłam zła że nie mogę nic zdziałać. Patrzyłam na ból tego człowieka, który nie był psychicznie i fizycznie przygotowany, na to co się z nim stało. Nikt się niczego nie spodziewał.

Za ten czas który spędziłam poza domem, będąc niewolnicą, doceniłam, własne, prywatne, kilka centymetrów kwadratowych podłogi. Kawałek miejsca w którym było się bezpiecznym i nikt nie musiał się chociaż na chwilę o nic martwić. Brakowało mi tej świadomości od momentu w którym nas tutaj posadzili. Brakowało mi wielu rzeczy, ale najbardziej chciałabym być teraz gdzieś gdzie nic by mi nie zagrażało. Gdzieś gdzie czułabym się spokojnie. Nie zaznam tego uczucia dopóki będę tu siedzieć.

Nie będę w stanie nic z tym zrobić, dopóki będę zmuszona patrzeć na to, jak krzywdzą drugą osobę. Nie ważne jaką. Ważne że człowieka. Kogoś kto czuje, ma uczucia, serce, jest taki jak ja. Bolało mnie to, że nie mogłam nic z tym zrobić, będąc uwięziona jak pies przy budzie. Chciałabym krzyczeć ale boję się konsekwencji. Boję się tego, co może się stać.

Przerażało mnie wiele rzeczy a jedną z nich, była uległość chłopaków. Przecież oni byli skłonni robić z nami tak cholernie paskudne rzeczy a teraz sami kulą się jak szczenięta. Nie rozumiem tego. Powinni być niezłomni, silni, gotowi znieść wszystko, odważni, a tak na prawdę widzę przed sobą dwójkę młodych ludzi, nie mniej przerażonych ode mnie. Nie rozumiem z tego absolutnie nic.

W pokoju rozległ się cichy szloch, pociągnięcie nosem i ciężki oddech. Popatrzylam na nadgarstek Harry'ego. Krwawił, nic praktycznie nie mógł zrobić bo nie dał rady. Cóż, nie byłam w stanie nijak pomóc mu z pęknięciem, ale postanowilam na cos się przydać. Z boku mojej bluzki, oderwalam dosyć długi i dość szeroki pasek materiału. Wstałam nie mając pojęcia, na jak duży krok pozwoli mi łańcuch, ale o dziwo na wiele.

Podeszlam spokojnie do Harry'ego. Jęknął nieco wystraszony kiedy dotknęlam palcami jego skóry na nadgarstku.
-co ty robisz ... ? - usłyszałam drobny szept. Spojrzałam w dół i zobaczyłam że zielone tęczówki przyglądają się z obawą temu co robię.
-uh, powiedzmy że zatamowuję ci krwotok. - delikatnie owinęłam płótno wokół reki robiąc na końcu drobną kokardkę. - nie powinna się już lać krew. - sięgnęłam dłonią do nadgarstka Justina. Krew powoli mu zasychała, wiec nie musialam targać kolejnego fragmentu.
-dziękuję... -u dołu usłyszałam drobne podziękowanie. Lekko usmiechnelam się pod nosem.
-w porządku.

Wrocilam na dawne miejsce. Zatamowalam krwotok, ale nie dałam rady odjąć mu bólu. Nie mam apteczki, więc nic nie poradzę. Ale ... no, co się dało, to się dało. Nic więcej na razie nie poradzę. Zapanowała nad podziw niezręczna cisza.

Nie powinnam była tego mówić na głos, bo ktoś z zewnątrz mógłby to usłyszeć ale postanowiłam że wszyscy się dowiedzą o tym co myślę.

-za tym budynkiem stoi auto, tak? - powiedziałam niemal sama do siebie
-no stoi ale co z tego? - Vick uniosła dłonie
-gdyby na chama chcieć stąd zwiać, wystarczyłoby uwolnić się z tego chujostwa - pokazałam na łańcuch przy kostce - otworzyć, okno - popatrzyłam na okno chwilę się zastanawiając - a potem po prostu stąd spieprzyć. - ponownie zrobiło się cicho
-niby logiczne, ale skąd weźmiesz kluczyki? - rozległ się głos Justina
-no, zawsze jest 50 procent szansy, że zostały w stacyjce.
-a jeśli nie?
-no to tak czy siak nie byli byśmy tu zamknięci.
-i co w tedy? Uciekłabyś na nogach? W las? Bez orientacji w terenie? Na noc? Ze świadomością że mogą cię bez problemu znaleźć i zabić na miejscu?
-a wolisz spróbować czy czekać aż cie zabiją?

Patrzylismy jeden na drugiego, wiedząc że zarówno on jak i ja, mamy rację.

-jak chcesz się z tego wydostać? - zapytał wstrząsając łańcuchem. - nie zapomnij że głowa mi przez tą obrożę się nie przeciśnie.
-masz lepszy pomysł, że tak zapytam? - rzuciłam obraźliwie bo wyczułam sarkazm w jego wypowiedzi - zamknął się.

Nikt nie odzywał się ani chwili dłużej. Bylam zła, bo wiedziałam że gdyby się każdy postarał to byśmy z tego wyszli.

-Vicka.
-mhm?
-spierdalamy stąd, ja nie będę czekać aż wszystkim się spodoba mój tok myślenia.
-nie powiedziałem że coś mi się nie podoba! - rzucił Harry który najchętniej uciekałby z nami.
-ty nie, ale Justinowi coś nie pasuje.
-na chwile obecną mam prawo uważać że to zły pomysł.
-ale człowieku, tobie się nigdy nie podobały moje pomysły niezależnie od tego gdzie i kiedy byliśmy. - splotłam palce
-nie mamy prawie żadnych szans na to że się uda.
-a co ty masz zamiar robić przez cały ten czas? - odezwał się Harry - dawać sobie podcinać ręce i bić jak psa?
-jak niby chcesz zdjąć z szyi to gówno?

Nastała chwila napiętej ciszy, do momentu, odezwania się przez Vickie.

-trzeba będzie zajebać im kluczyki.
-jak?
-coś się wymyśli.
-kiedy?
-no nie marudź, pomyśli się.

Gdzieś usłyszałam szmer. Nie miałam pojęcia skąd mógł on dochodzić ale niepokoił mnie fakt, że w ogóle go słyszałam. Nagle wyobraziłam sobie kogoś stojącego pod drzwiami i sluchajacego tego, co przed chwilą mówiliśmy. Gdyby ktoś nas podsłuchał, nic nie wyszło by po naszej myśli. A jakimś cudem, musieliśmy stąd wiać.

Brakowało mi dosłownie dwóch rzeczy. Kluczyka i kluczyków. Kluczyka do kajdan i tym podobnych oraz kluczyków od samochodu. Dwie rzeczy a tyle problemów.

Rozejrzałam się szukając czegoś, co mogłoby zastąpić klucz. Nic nie znalazłam. Nawet wsuwki we włosach nie miałam. Kurna. Jestem w kropce. Oparłam głowę o ścianę.

Patrząc w sufit widziałam wiele rzeczy. Ale najbardziej wyraźną myślą, byłam ja, w domu. Na łóżku, z pilotem obok mnie, włączonym telewizorem, zasunietymi roletami od okien i z dłonią na głowie usypiajacego Harry'ego. Nie wiem czemu wyobraziłam sobie akurat jego. Idealnie pasował do tej scenerii. Uh, może i nawet mógłby być wtedy ze mną. Przynajmniej czuła bym się bardziej komfortowo niż teraz.

Pomyślałam o tym, co on może aktualnie czuć. Czy jest tak samo przerażony jak ja, mniej, bardziej, w cale? Jaki jest na prawdę? Chciałabym znać odpowiedź na to pytanie ale będąc tutaj zamkniętą, moglabym nie zdążyć. I właśnie dlatego, przyszło mi coś do głowy.

Przysunęłam twarz bliżej Vickie, aby na wszelki wypadek nikt, kto mógł stać blisko drzwi, nic by nie słyszał.

-Vick, robimy tak. Ty zdejmiesz z nogi kajdanki, otworzysz okno, wyjdziesz, sprawdzisz czy w aucie są kluczyki i tu wrócisz. Ja zdejmę to ciulostwo z kostki i po cichu się wymknę, znajdę kluczyki i tutaj wrócę.
-a jak obok samochodu albo gdzieś w okolicy będzie ktoś?
-staraj się żeby nikt cie nie widział.
-dobra, a co potem?
-wrocisz tu i mi powiesz czy są tam klucze czy ich nie ma, żebym wiedziała czy ich szukać czy nie. Gdyby tam były to je ze sobą weź.
-dobra.
-wejdziesz tu z powrotem i założysz kajdanki na niby.
-ok, a ty?
-jak wrócisz, wyjdę po kluczyki do kajdanek, poszukam ich i jak znajdę to tu wrócę. Jak nie znajdę, to poszukam po drodze czegoś czym, mogłybyśmy ogłuszyć kogoś kto by tu przyszedł. W tedy zarąbie się mu klucze i po sprawie.
-a co z nami? - odezwał się Harry na którego twarzy widziałam lęk. Tak jakby nie chciał być zostawionym.
-a ty myślisz że ja dobrowolnie wybieram się na spacer w tamtą stronę - wskazałam ironicznie palcem na drzwi - przecież specjalnie pójdę wam po klucz od kajdanek.
-a jak cię złapią? - tym razem usłyszałam Justina
-uh... No to coś się wymyśli.

Przeciskanie stopy przez ciasne kajdanki nie należało do bardzo przyjemnych czynności, ale po długim zmaganiu z siłą tarcia, uwolniłam stopę z uścisku kajdanek. Po chwili Victoria również była gotowa.

-dobra mała, petarda w tyłek i streszczaj się.

Zniknęła za oknem. Usiadłam na podłodze niecierpliwie czekając.

-Megan, tak na logikę, po co to robicie? - usłyszałam głos Biebera.

Przygryzłam wewnętrzną stronę policzka zastanawiając się chwilę.

-bo nie chcemy patrzeć na to w jaki sposób zabierają wam resztki życia.
-to znaczy?
-nie istotne. Powinieneś się cieszyć że robimy tak a nie inaczej.
-inaczej? Jak inaczej?
-równie dobrze, mogłabym w tym momencie być po drugiej stronie okna i odjeżdżać samochodem. Mogła bym mieć was w dupie, tak jak wy mieliście nas przez cały ostatni miesiąc. Moglabym pozwolić na wasze powolne umieranie, bo ''to nie moja sprawa''. Ale, cóż. Tak wyszło że ani ja, ani Vickie nie chciałyśmy patrzeć na to jak zabijają drugiego człowieka. - patrzyliśmy chwilę na siebie.
-czemu to robisz? - głos Harry'ego rozlał się w moich uszach
-bo mnie zależy. To że tobie nie zależy na mnie to inna sprawa. Ale ja nie będę patrzeć na to jak cie zabijają.

Chciałam dłużej wpatrywać się w jego oczy które patrzyły na mnie jak na obrazek. Nie mogłam. Do okna podbiegła Victoria , po chwili wyskakując przez okno do środka pokoju. Pomachała mi kluczykami przed nosem.

-twoja kolej.

Wzięłam oddech i spojrzałam na Harry'ego. Mam nadzieję że rozumie to co robię. Podeszłam do drzwi, powoli i cicho otwierając je. Na korytarzu nie było nikogo. Był długi i pusty za to na jego końcu migotał fragment metalu. Zrobiłam cichy krok modląc się żeby to były klucze i żeby nikt mnie nie zauważył.


VICKIE'S POV

Byłam niecierpliwa. Wiedziałam że jeśli złapią Megan, wszyscy oberwiemy. WSZYSCY. Czułam w sobie strach, przed tym że może się nie udać. Bałam się tego ale nie mogłam nad tym zapanować.

-Vickie, gdyby coś poszło nie tak ... - trochę przycichły głos Justina zadrgał w mojej głowie
-zaraz, zaraz, co miałoby nie wyjść?
-uh... - spojrzał w dół, pocierając stopami o podłogę - chcę cię po prostu przeprosić. Tak... za wszystko.

Moje oczy polśniały na te słowa. Poczułam w sobie dziwne uczucie. Nawet nie wiem co to było za uczucie. Nigdy wczesniej nie słyszałam z jego strony takich słów.

-w porządku...

Usłyszałam głośne trzasknięcie gdzieś za drzwiami i od razu serię krzyków, kroków i ledwo słyszalny głos Megan.

-co jest?!

Wstałam szukając odpowiedzi za oknem, nic nie widziałam, ale czułam że coś się zjebało.

HARRY'S POV

Moje oczy utkwiły na drzwiach. Wpatrywałem się w nie, licząc że za chwilę wróci Megan i będzie OK. Problem w tym że... Nagle wszystko ucicho, a już sekundy potem, usłyszałem jej krzyk za ścianą. Nie miałem pojęcia co się dzieje dopóki:

-Megan!! - Victoria podbiegła do okna.
-Vickie pomóż mi!! - wrzeszczała już płacząc. Słyszałem płacz w jej głosie. Japierdole co się dzieje?!

Drzwi się otworzyły a w nich dwójka mężczyzn dobrała się do słabego ciała Victorii zabierając ją chwilę potem. Była nieprzygotowana na to i przerażona tym że ją zabierają. Mnie za to przerażało to, że ucichł głos Megan. Nie słyszałem jej i to mnie kurewsko przerażało. Bałem się że coś jej zrobili...

-kurwa, kurwa, Harry co teraz?! - Justin krzyknął w moją stronę. Poczułem ból w ciele i psychice. Po raz pierwszy w życiu wystraszyłem się o los drugiej osoby. Niewolnicy. Kobiety. Megan...