-po jaką cholerę tam poszliście?! Możecie mi to kurwa wyjaśnić ?! - Justin chodził po pokoju zataczając niebezpieczne kółka. Nie lubię kiedy tak chodzi. Chociaż na tamtą chwilę miałam wrażenie że był zdenerwowany tym, że wszyscy zobaczyliśmy że w cale nie jest taki mocny, na jakiego się podaje. Z resztą oni obaj. Styles jedynie stał wkurwiony tyłem do nas oparty o blat. Jedynie czekaliśmy aż jeszcze on wybuchnie i nastanie 3 wojna światowa...
-albo w końcu zaczniecie gadać albo skończy się to dla was wszystkich kurewsko źle! -Justin wrzasnął poirytowany naszym idiotycznym milczeniem. Ten koleś zaczynał mnie już bawić. Znaczy... do momentu w którym nie podnosił na którąś z nas ręki. Lub na chłopców. W tedy się go bałam. Jednak teraz był nieziemsko debilnym widokiem. Nie mógł się pogodzić z tym co zdołaliśmy zobaczyć.
-weź się tak nie rzucaj bo wyglądasz na serio jak totalny idiota. Pogódź się z faktem że jest ktoś lepszy od ciebie i przestań się wydzierać. - Logan, całkowicie wyluzowany rozłożył się w fotelu i założył łokcie za głowę patrząc z uśmieszkiem na wściekłego Justina.
-ty gówniarzu zasrany! - nie spodziewałam się że Justin to zrobi.
Wstrząśnięty wyluzowanym tonem głosu u Logana wyszarpnął go za włosy na równe nogi. Logan wiedział że musi chronić ranę na nodze, dlatego stał jak najdalej od Justina. Nie zdziwił mnie jednak fakt że w końcu się zdenerwował. Odepchnął Justina zadając mu jednocześnie cios w twarz.
-do jasnej cholery przestańcie obaj! - krzyknął Ethan usiłując ich od siebie odepchnąć. Jednak Harry, ocknął się z transu i wręcz wbiegł na Ethana wyginając mu ramiona do tyłu.
Trzeba przyznać że Justin był o wiele lepiej umięśniony niż Logan. Już po chwili powalił go na ziemię i zadawał kolejne ciosy obezwładniając jednocześnie jego ciało.
Ja nie dałam rady niczego z siebie wydusić. Wbiło mnie w fotel. Nogi chciały biec do pomocy, język krzyczał, myśli huczały a psychika wbiła w fotel i nie pozwoliła się ruszyć.
Harry wypuścił z uścisku Ethana pozwalając mu, aby pomógł Loganowi pozbierać się z podłogi. Justin puścił go i stanął obok.
-wstawać! - nakazał nam ruchem abyśmy wstały. Nogi miałam jak z waty jednak postanowiłam posłuchać. Wstałam, doczepiając się do ramienia Logana. Otulił mnie. Tylko w jego objęciu czułam się choć trochę bezpieczna.
-a teraz przejdziemy sobie na spacerek do drugiej części domu - wysyczał czerwony ze złości Justin.
-c-co? - zamarłam...
-ruchy!
Czułam że zaraz się rozpłaczę. Nie wiem jak wytrzymam te pierdolone trzy dni, ale wiem że być może, będzie to udręka ostateczna. W sumie? Mam taką szczerą nadzieję. Tak właściwie to mam nadzieję na zmianę ról. Wiem, że mówiłam to tyle razy, ale chciałabym chociaż raz, poczuć smak wymierzenia kary komuś, kto na nią całkowicie zasłużył. Tak nieziemsko mi się to marzy... Nawet sobie zdążyłam wymyśleć kilka takich sytuacji. Ale wiem że to nigdy się nie zdarzy. Nigdy nie będę mogła chwycić w dłoń tego paskudnego, skórzanego paska albo łańcucha, nigdy nie zobaczę zwiniętego w kulkę Justina, chowającego twarz przed ciosem, nigdy nie usłyszę jego krzyku i bólu, na który tak cholernie zasłużył. Nie wiem ile bólu otrzymałby każdy z nich od chłopców, ale moja część polegałaby na tym, co sama od niego otrzymałam.
MEGAN'S POV
Postawili nas przed szeregiem paskudnie uciszonych pokoi zasłoniętych białymi drzwiami. Cisza w tej części domu była gorsza nisz koszmar w burzową noc. Słyszałam płacz mimo że nikt nie płakał. Czułam na skórze przeszywający pisk, wrzask, a tego również nie było. Widziałam rozlane kałuże niewinnej krwi. Ale jej też nigdzie nie było. Po prostu czułam że cały ten dom jest przesiąknięty niewinnym i niezasłużonym bólem i katuszami. Zastanawiam się tylko : po co? Czy oni na to zasłużyli?
Pierwsze drzwi, jakie rzuciły mi się najbardziej w oczy były oczywiście, drzwiami prowadzącymi do MARBLE. Były na prawdę paskudne i odstające od reszty. Chwała Panu Bogu że ominęliśmy je. Nie chcę drugi raz powtarzać koszmaru.
Postawili nas przed ostatnimi drzwiami na końcu korytarza. Tak jak prawie wszystkie drzwi w tej części domu, były białe. Równie zakurzone i brudne. Nie bił od nich zapach, nie widziałam plam, zadrapań, podłoga przy wejściu była czysta. Wisiał numer 8. Nie za bardzo wiedziałam dlaczego, to akurat przed tymi drzwiami postawili nas chłopcy ale czułam że musi być za nimi coś konkretnego, skoro wybrali akurat te. Nakazali nam podejść, nacisnąć klamkę i po prostu wejść.
Dobrze wiedziałam co mogło być za drzwiami. WSZYSTKO. Nie byłam w stanie przewidzieć co dokładnie. Tam mogło być wszystko. Poczułam najpaskudniejszy dreszcz na świecie kiedy podeszliśmy bliżej. To dziwne i głupie, wahać się z otwarciem drzwi ale bałam się. Jeszcze chwila i okaże się że moją fobią są białe drzwi...
Wrzasnęłam i wtuliłam twarz w przestrachu do klatki piersiowej Ethana. Kiedy stałam zaledwie kilka centymetrów od drzwi i brakowało może dwóch centymetrów żebym dotknęła klamki, nagle coś lub ktoś uderzył po drugiej stronie w drzwi. To nie był zwykły huk. Ktoś wrzasnął drapiąc w drzwi. Kobieta. Za drzwiami była kobieta. Ale nie mogła być normalną kobietą. Wrzeszczała, drapała drzwi, biła w nie i kopała. TE drzwi, chyba było soldnej grubości...
Jej krzyk przypominał wrzask nawiedzonego ducha z Chińskiego horroru. Tuliłam twarz w skórę Logana który odepchnął mnie natychmiastowo od drzwi.
-kto-kto tam jest? - drżącym głosem zapytała Vickie kładąc dłonie na torsie Logana.
-nasza pokojówka.
-dlaczego jej stamtąd nie wypuścicie?!
-nie możemy. Wyzabijała by nas wszystkich żywcem. Jest niebezpieczna. - oznajmił z całkowitym spokojem Harry
-wyzabijałaby żywcem? Co z nią nie tak? - drżałam pod wpływem własnych słów.
-jest chora psychicznie, fizycznie i ma dziwny rodzaj wścieklizny.
-co to wszystko znaczy?
-jest chora psychicznie bo siedzi tam już od ponad roku, fizycznie bo jakieś 3 miesiące temu zaczął u niej występować samokanibalizm.
-co to znaczy?
-zeżarła własną rękę. Zaczynając od palców. A potem prawie odgryzła mi palec kiedy zanosiłem jej jedzenie. - oznajmił Justin pocierając palec w dłoni
-to... paskudne i straszne zarazem...
-czemu trzymacie ją tam już rok? Nie lepiej żeby specjaliści się nią zajęli?
-nikt tam nie wchodzi, poza tym, kto musi. Ona jest na prawdę chora.
-jak to się stało... i co z tą wścieklizną?
-zaczęło się od tego że rok jak Harry miał jeszcze kota, to ta kotka urodziła 6 młodych.
-one były takie śliczne... - wtrącił Harry. O, ktoś tu lubi koty.
-w tedy zauważyliśmy że z dnia na dzień ubywało o jedno młode. Pewnego wieczora po prostu przyłapaliśmy ją jak zjadała tego małego kota.
-chcieliśmy ją powstrzymać ale ona zaczęła nas drapać, wrzeszczeć i mówiła że nas wszystkich pozabija.
-obaj uciekliśmy żeby zadzwonić po policję i pogotowie żeby ją zabrali.
-tylko że jak przyjechali, to jej nigdzie nie było. Przeszukaliśmy calutki dom.
-nawet MARBLE? - wtrąciłam.
-w tedy jeszcze tego nie było.
-Znaleźliśmy ją dokładnie w tym pokoju jak zjadała resztki biednego kota.
-Chryste... Dusty... - Harry chyba musiał kochać tego kota...
-jak ją zobaczyła policja, kazali nam zaryglować drzwi na wszystkie możliwe sposoby i nigdy jej z tamtąd nie wypuszczać.
-skąd wiecie że... no... ta ręka...
-bo jak raz zanosiliśmy jej żarcie, to resztki z jej ręki leżały na podłodze a ona miętoliła w żebach swój kciuk. Znaczy się chyba, kciuk...
-a ta wścieklizna? Czemu pozabijałaby żywcem? Skoro sama zaczyna się pożerać, to nogi pewnie też już sobie zdążyła zjeść? - Ethan mnie powalił...
-no właśnie nie... Ok, dobra, przyznam, byłem u niej tydzień temu. Nawet nie wyobrażacie sobie, jaka z niej paskuda. Jest wściekła. Boimy się nawet do niej podejść z bliska. Jej ślina jest zarażona. Jeśli ona ugryzłaby na przykład mnie, a Justin nie zdążył by mnie zamknąć, to ugryzłbym jego, potem on was a potem, jeśli byśmy wyszli z tego domu to zaczęlibyśmy gryźć wszystkich po kolei aż policja musiałaby nas zabić.
-nie zaraziliście jej w tedy czymś?
-nie.
Przerażenie krążyło w moich żyłach. To na serio nawiedzony dom... boże, żyję z żywym trupem...
-zaraz... - spojrzałam pytająco zarówno na Justina jak i na Harry'ego - dwa pytania. Po pierwsze: po jaką cholerę nas tu przyprowadziliście, a po drugie: skoro MARBLE nie istniało rok temu, to czemu istnieje teraz?!
Patrzyli na siebie, tak jakby pytali się wzrokiem o to czy wyjawić nam prawdę czy nie.
-chcieliśmy wam zarówno pokazać zagrożenie w tym domu jak i uświadomić was o tym że możecie skończyć za drzwiami tej klatki.
-jak... to skończyć? Wy... chcecie nas tam wrzucić ... ? - poczułam łzy w oczach
-nie. My nigdy z własnej woli nie wepchnęliśmy tam człowieka. To nie nasza rola. W ogóle ta paskuda nie jest nasza, tylko tych pieprzonych typków których dzisiaj udało wam się zobaczyć.
-a... a co z MARBLE?
-to... ci ludzie którzy leżeli jeden na drugim, byli właśnie ofiarami tej pokojówki.
Zaczęłam płakać. Strach opanował moje ciało kiedy ta kobieta ponownie walnęła w drzwi.
-to nie od nas zależało kto tam trafiał a kto nie. My MUSIELIŚMY robić to, co nam kazali.
-ale kto wam kazał?
-ci pierdoleni idioci. Ci co byli tu dzisiaj. To oni rozkazywali.
Patrzyłam z przerażeniem na Justina i Harry'ego którzy stali z pochylonymi w dół głowami. Nie umiałam zrozumieć, co się tak właściwie stało? Ci skruszeni nastolatkowie, nie byli tymi samymi którzy dzień w dzień zadawali nam ból.
-zabraliśmy was tu, żeby uświadomić wam jak cholernie jest duży PROBLEM.
-jaki? - powiedziałam ocierając resztkę łez.
-jeśli oddamy im pieniądze, to role się zamienią. Tamci będą pilnować tego domu, cały czas, to wy będziecie mieć górę nad nami. Wiem, nie wyobrażacie sobie tego, ale tak będzie. Wsadzą wam w dłonie bat i każą bić za to co wam zrobiliśmy... nie pozwolą się wam wycofać. Każą wam zadać tyle bólu ile my zadaliśmy wam.
-więc po co to nam robiliście... ?
-to... to... przeszłość kazała... - jęknął Harry
Nie mieściło mi się w głowie że to na prawdę może się stać...
-ale jeśli nie oddamy im pieniędzy, to każą nam was powoli torturować i w pół żywych wepchnąć za TE drzwi... a... potem... nie wiem co zrobią z nami...
-dlatego wybierajcie.
Justin wypowiedział ostatnie słowa z niebywałą powagą. Słyszałam przerażające szmery dochodzące zza drzwi. W mojej głowie był chaos. Kazali nam wybierać. Ale co my do cholery mamy wybrać ?! Boję się. Tak cholernie się boję...
poniedziałek, 24 marca 2014
poniedziałek, 17 marca 2014
Rozdział 9.
MEGAN'S POV
Rano obudziłam się z krwią pod nosem. Dobrze pamiętam coś się stało. Harry kazał mi wejść w głębszą i najbardziej paskudną część MARBLE, a ja odmówiłam. Uderzył mnie. Stąd ta krew. Cóż. Lepiej było oberwać i wyjść, niż pozwolić sobą manipulować i siedzieć tam aż do wieczora. Nie dałabym rady. W nocy obudziłam się nawet parę razy i sprawdzałam gdzie jestem. Paskudne uczucie.
Rozjerzałam się. Vickie nie było w pokoju. Zrzuciłam nogi z łóżka spoglądając na wczorajszo zrobione siniaki. Moje nogi wyglądały jak po jakieś bitwie. Nie lubię mieć siniaków. Nigdy nie umiem ich zakryć. W dodatku dzisiaj są o wiele mocniej widoczne niż wczoraj. Paskudny widok. Cóż, ważne że jeszcze niczego mi nikt nie złamał. Nie zniosłabym odgłosu łamanej kości.
Spojrzałam w lusterko, cóż, nie najgorzej. Poprawiłam ręką rozburzone włosy. Włożyłam świeże ubrania i zeszłam po schodach w dół. Nie widziałam i też nie słyszałam nikogo. No, nikogo poza praktycznie bezszelestnie poruszającą się Vickie. Tak, poza nią nie było nikogo. Rzuciłam w jej stronę uśmiech. Na co ona odpowiedziała ciężkim westchnieniem i spuszczeniem głowy w dół.
-co jest? - nie chcąc owijać w bawełnę podeszłam do niej, odciągając od robienia śniadania i zmuszając do powiedzenia mi tego co się stało.
-Harry i Justin zniknęli bardzo wczas rano. Za cholerę nie mogę się domyślić po co wstali tak wcześnie? - rzuciła oczami w bok robiąc wrażenie że nad czymś myśli. Po chwili znowu spojrzała na mnie. - ale dobra, pomijając to. Usiłowałam zejść do garażu żeby dać chłopcom coś do zjedzenia. Problem jedynie w tym, że ich tam nie było. No a... ja mam stracha, żeby iść i ich szukać bóg wie gdzie. Zwłaszcza po tym jak udało mi się dowiedzieć co jest w drugiej części domu.
-daj mi spokój, nie mogłam przez to w nocy spać...
-nie mam odwagi przekroczyć granicy między częściami tego domu.
-ale... w czym problem?
-Meg, obeszłam 2 razy wszystkie pokoje. WSZYSTKIE POKOJE. Każdy skrawek znanej części domu przebadałam 2 razy. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że nigdzie ich nie ma.
-to... co?
-skoro nie ma ich tutaj, to : albo są za domem ale tam też wolę się nie zapuszczać, albo w drugiej części domu, a tam, to w ogóle wolałabym nie wchodzić. Chuj wie co się kryje za tymi wszystkimi drzwiami?
-a Styles i Biebs?
-cóż, skoro zniknęli chłopcy to oni pewnie też.
Rozjerzałam się po głuchych pokojach. Nie było słychać niczego oprócz naszych oddechów. Vickie ma rację. Druga część domu jest przerażająco irytująca. Przeraża mnie w każdym calu, ale za razem irytuje mnie fakt że nie mogę wiedzieć co tam jest? Chociaż dobrze wiem, że lepiej dla mnie.
Chciałam wiedzieć gdzie Styles i reszta dla tego chwyciłam Vickie za rękę i pociągnęłam do przodu. Zatrzymałam się dopiero w tedy, kiedy przed naszymi oczami ukazały się drzwi z pechowym jak dla mnie, numerem 13. Przejście z jednej części domu do drugiej. Dwa światy. Piekło i jeszcze większe piekło. Miałyśmy dwie opcje:
-albo wchodzimy przez TE drzwi i badamy skrawek po skrawku morderczych pokoi, albo ryzykujemy oberwaniem za wyjście na podwórko i sprawdzamy co jest za domem?
-wiesz... z pewnej perspektywy chyba jednak wolę wyjść na dwór. Mam wrażenie że za drzwiami są duchy.
-Tak, tak, wiem. To twoja fobia.
VICTORIA'S POV
Po cichu wymknęłyśmy się oknem na parterze i zaczęłyśmy bezszelestnie sprawdzać każdy kąt podwórka, którego nie byłyśmy w stanie dostrzec z okien. Niby nic nadzwyczajnego. Zadbany trawnik i tyle. Coś mi tu cholernie nie pasowało.
-Meg, gdzie jeszcze nie byłyśmy? - lekko pomieszało mi się w głowie.
-wydaje mi się że TAM - wskazała palcem, na odgrodzoną płotem część podwórka która od razu pobudziła moją ciekawość.
Cicho jak koty, podeszłyśmy ''gęsiego'' pod ścianą do owego płotu który w dość dziwny sposób dzielił ogród na dwie części. Zaczynałam coś słyszeć. Było to pierwszym obcym dźwiękiem oprócz głosu Megan. Był jednak zbyt cichy żebym była w stanie rozpoznać go. Był jeden problem. Chcący wiedzieć co tam jest musiałyśmy przejść przez płot, ryzykując że potem, utrudni nam to ucieczkę. Z resztą tak czy siak musiałybyśmy potem wleźć przez okno, tak więc...
Megan jako pierwsza przeskoczyła druciany płot. Ja byłam zaraz po niej. Zadziwia mnie jej wytrzymałość. Nogi ma całe w siniakach ale zapierdalać jak gazela i skakać to dziada potrafi? Skubana. Ok, pomijając to. Zniżyłam się nieco.
Nie szukałyśmy daleko. Jednak to co zastałyśmy minęło się całkowicie z naszymi oczekiwaniami. W sumie spodziewałam się bóg wie czego, a tym czasem po prostu zastałyśmy Logana i Ethana siedzących na trawie, jedynie ze związanymi rękami. Dziwne...
-coś wam się stało? - wyjęłam scyzoryk rozcinając taśmę.
-tak, jest w miarę ok, tylko tamci jakoś dziwnie się zachowują.
-dziwnie? Coś się stało?
-w sumie, to nie wiem. Kazali nam tu siedzieć i czekać a sami gdzieś poleźli.
-gdzieś, czyli gdzie?
-no... TAM.
Pociągnęłam za sobą Megan. Chłopcy rozłożyli ręce patrząc na nas z całkowitym niedowierzaniem.
-nie powiecie mi że pójdziecie tam sprawdzić, co się stało? - Logan zadrwił
-ciekawość mnie zżera - Megan uśmiechnęła się na jego pytanie.
Niezbyt byli zadowoleni, że idziemy zobaczyć co wyprawiają tamci, jednak poczłapali za nami. Zrobiłyśmy jeszcze spory kawałek drogi, zanim udało nam się dojść do celu. A było nim sześciu chłopaków, mniej więcej w jednym przedziale wiekowym i ''NASZA'' dwójka. Patrzyłam na nich ze zdziwieniem. Było widać między nimi ogromną różnicę. Ich sposób mówienia i ruchy zdradzały doprawdy wiele.
Co zdziwiło mnie najbardziej? Przy tamtej szóstce Harry z Justinem nie byli już tak odważni w działaniach jak przy nas. Wręcz przeciwnie. No, może jedynie Justin PRÓBOWAŁ stawiać mały opór, co mu ani trochę nie wychodziło. Harry natomiast kulił się za każdym razem, kiedy ktoś unosił ramię lub dłoń na wysokość jego twarzy. Zdziwienie rozrywało moją twarz, za każdym razem, kiedy widziałam, jak Justin pozwala na to by jeden z nich bił go po twarzy. Był to dla mnie zupełnie niespodziewany widok. Harry zachowywał się przy nich jak małe dziecko które szuka pomocy u dorosłych. Pozwalał na każdy cios wymierzony w jego ciało, co dla mnie było zupełnym szokiem.
Takie dwie alfy, Styles i Bieber, nagle stają się potulne i słuchają wszystkiego co się do nich mówi. Nie wiem, kim byli tamci ludzie, ale miałam wrażenie że mają nad nimi całkowitą kontrolę. Zaczynało mnie to nawet z lekka zastanawiać. Nie mogłam wręcz oderwać wzroku. Nawet nie wiem o czym rozmawiali, byłam zbyt skupiona na ich ruchach.
Poczułam że oczy za chwilę wypadną mi z orbit ze zdziwienia. Kłócili się. Chyba... o jakieś pieniądze, albo nie dotrzymane obietnice. Tak właściwie to z ich krzyków ciężko było wyłapać cokolwiek. Jednak usłyszałam urwaną końcówkę zdania którą jeden z mężczyzn usiłował zakończyć spotkanie.
-[...] jeśli nie oddacie tych pierdolonych długów to zapłacicie mi za to sto razy boleśniej, niż teraz wasi niewolnicy płacą wam za to że są niewinni. Mogę wam przysiądz że będzie kurewsko bolało a ratunku nie będzie. Daję wam 3 dni. Jeśli za 3 dni nie dostanę hajsu, to zrównam was z powierzchnią ziemi.
Rano obudziłam się z krwią pod nosem. Dobrze pamiętam coś się stało. Harry kazał mi wejść w głębszą i najbardziej paskudną część MARBLE, a ja odmówiłam. Uderzył mnie. Stąd ta krew. Cóż. Lepiej było oberwać i wyjść, niż pozwolić sobą manipulować i siedzieć tam aż do wieczora. Nie dałabym rady. W nocy obudziłam się nawet parę razy i sprawdzałam gdzie jestem. Paskudne uczucie.
Rozjerzałam się. Vickie nie było w pokoju. Zrzuciłam nogi z łóżka spoglądając na wczorajszo zrobione siniaki. Moje nogi wyglądały jak po jakieś bitwie. Nie lubię mieć siniaków. Nigdy nie umiem ich zakryć. W dodatku dzisiaj są o wiele mocniej widoczne niż wczoraj. Paskudny widok. Cóż, ważne że jeszcze niczego mi nikt nie złamał. Nie zniosłabym odgłosu łamanej kości.
Spojrzałam w lusterko, cóż, nie najgorzej. Poprawiłam ręką rozburzone włosy. Włożyłam świeże ubrania i zeszłam po schodach w dół. Nie widziałam i też nie słyszałam nikogo. No, nikogo poza praktycznie bezszelestnie poruszającą się Vickie. Tak, poza nią nie było nikogo. Rzuciłam w jej stronę uśmiech. Na co ona odpowiedziała ciężkim westchnieniem i spuszczeniem głowy w dół.
-co jest? - nie chcąc owijać w bawełnę podeszłam do niej, odciągając od robienia śniadania i zmuszając do powiedzenia mi tego co się stało.
-Harry i Justin zniknęli bardzo wczas rano. Za cholerę nie mogę się domyślić po co wstali tak wcześnie? - rzuciła oczami w bok robiąc wrażenie że nad czymś myśli. Po chwili znowu spojrzała na mnie. - ale dobra, pomijając to. Usiłowałam zejść do garażu żeby dać chłopcom coś do zjedzenia. Problem jedynie w tym, że ich tam nie było. No a... ja mam stracha, żeby iść i ich szukać bóg wie gdzie. Zwłaszcza po tym jak udało mi się dowiedzieć co jest w drugiej części domu.
-daj mi spokój, nie mogłam przez to w nocy spać...
-nie mam odwagi przekroczyć granicy między częściami tego domu.
-ale... w czym problem?
-Meg, obeszłam 2 razy wszystkie pokoje. WSZYSTKIE POKOJE. Każdy skrawek znanej części domu przebadałam 2 razy. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że nigdzie ich nie ma.
-to... co?
-skoro nie ma ich tutaj, to : albo są za domem ale tam też wolę się nie zapuszczać, albo w drugiej części domu, a tam, to w ogóle wolałabym nie wchodzić. Chuj wie co się kryje za tymi wszystkimi drzwiami?
-a Styles i Biebs?
-cóż, skoro zniknęli chłopcy to oni pewnie też.
Rozjerzałam się po głuchych pokojach. Nie było słychać niczego oprócz naszych oddechów. Vickie ma rację. Druga część domu jest przerażająco irytująca. Przeraża mnie w każdym calu, ale za razem irytuje mnie fakt że nie mogę wiedzieć co tam jest? Chociaż dobrze wiem, że lepiej dla mnie.
Chciałam wiedzieć gdzie Styles i reszta dla tego chwyciłam Vickie za rękę i pociągnęłam do przodu. Zatrzymałam się dopiero w tedy, kiedy przed naszymi oczami ukazały się drzwi z pechowym jak dla mnie, numerem 13. Przejście z jednej części domu do drugiej. Dwa światy. Piekło i jeszcze większe piekło. Miałyśmy dwie opcje:
-albo wchodzimy przez TE drzwi i badamy skrawek po skrawku morderczych pokoi, albo ryzykujemy oberwaniem za wyjście na podwórko i sprawdzamy co jest za domem?
-wiesz... z pewnej perspektywy chyba jednak wolę wyjść na dwór. Mam wrażenie że za drzwiami są duchy.
-Tak, tak, wiem. To twoja fobia.
VICTORIA'S POV
Po cichu wymknęłyśmy się oknem na parterze i zaczęłyśmy bezszelestnie sprawdzać każdy kąt podwórka, którego nie byłyśmy w stanie dostrzec z okien. Niby nic nadzwyczajnego. Zadbany trawnik i tyle. Coś mi tu cholernie nie pasowało.
-Meg, gdzie jeszcze nie byłyśmy? - lekko pomieszało mi się w głowie.
-wydaje mi się że TAM - wskazała palcem, na odgrodzoną płotem część podwórka która od razu pobudziła moją ciekawość.
Cicho jak koty, podeszłyśmy ''gęsiego'' pod ścianą do owego płotu który w dość dziwny sposób dzielił ogród na dwie części. Zaczynałam coś słyszeć. Było to pierwszym obcym dźwiękiem oprócz głosu Megan. Był jednak zbyt cichy żebym była w stanie rozpoznać go. Był jeden problem. Chcący wiedzieć co tam jest musiałyśmy przejść przez płot, ryzykując że potem, utrudni nam to ucieczkę. Z resztą tak czy siak musiałybyśmy potem wleźć przez okno, tak więc...
Megan jako pierwsza przeskoczyła druciany płot. Ja byłam zaraz po niej. Zadziwia mnie jej wytrzymałość. Nogi ma całe w siniakach ale zapierdalać jak gazela i skakać to dziada potrafi? Skubana. Ok, pomijając to. Zniżyłam się nieco.
Nie szukałyśmy daleko. Jednak to co zastałyśmy minęło się całkowicie z naszymi oczekiwaniami. W sumie spodziewałam się bóg wie czego, a tym czasem po prostu zastałyśmy Logana i Ethana siedzących na trawie, jedynie ze związanymi rękami. Dziwne...
-coś wam się stało? - wyjęłam scyzoryk rozcinając taśmę.
-tak, jest w miarę ok, tylko tamci jakoś dziwnie się zachowują.
-dziwnie? Coś się stało?
-w sumie, to nie wiem. Kazali nam tu siedzieć i czekać a sami gdzieś poleźli.
-gdzieś, czyli gdzie?
-no... TAM.
Pociągnęłam za sobą Megan. Chłopcy rozłożyli ręce patrząc na nas z całkowitym niedowierzaniem.
-nie powiecie mi że pójdziecie tam sprawdzić, co się stało? - Logan zadrwił
-ciekawość mnie zżera - Megan uśmiechnęła się na jego pytanie.
Niezbyt byli zadowoleni, że idziemy zobaczyć co wyprawiają tamci, jednak poczłapali za nami. Zrobiłyśmy jeszcze spory kawałek drogi, zanim udało nam się dojść do celu. A było nim sześciu chłopaków, mniej więcej w jednym przedziale wiekowym i ''NASZA'' dwójka. Patrzyłam na nich ze zdziwieniem. Było widać między nimi ogromną różnicę. Ich sposób mówienia i ruchy zdradzały doprawdy wiele.
Co zdziwiło mnie najbardziej? Przy tamtej szóstce Harry z Justinem nie byli już tak odważni w działaniach jak przy nas. Wręcz przeciwnie. No, może jedynie Justin PRÓBOWAŁ stawiać mały opór, co mu ani trochę nie wychodziło. Harry natomiast kulił się za każdym razem, kiedy ktoś unosił ramię lub dłoń na wysokość jego twarzy. Zdziwienie rozrywało moją twarz, za każdym razem, kiedy widziałam, jak Justin pozwala na to by jeden z nich bił go po twarzy. Był to dla mnie zupełnie niespodziewany widok. Harry zachowywał się przy nich jak małe dziecko które szuka pomocy u dorosłych. Pozwalał na każdy cios wymierzony w jego ciało, co dla mnie było zupełnym szokiem.
Takie dwie alfy, Styles i Bieber, nagle stają się potulne i słuchają wszystkiego co się do nich mówi. Nie wiem, kim byli tamci ludzie, ale miałam wrażenie że mają nad nimi całkowitą kontrolę. Zaczynało mnie to nawet z lekka zastanawiać. Nie mogłam wręcz oderwać wzroku. Nawet nie wiem o czym rozmawiali, byłam zbyt skupiona na ich ruchach.
Poczułam że oczy za chwilę wypadną mi z orbit ze zdziwienia. Kłócili się. Chyba... o jakieś pieniądze, albo nie dotrzymane obietnice. Tak właściwie to z ich krzyków ciężko było wyłapać cokolwiek. Jednak usłyszałam urwaną końcówkę zdania którą jeden z mężczyzn usiłował zakończyć spotkanie.
-[...] jeśli nie oddacie tych pierdolonych długów to zapłacicie mi za to sto razy boleśniej, niż teraz wasi niewolnicy płacą wam za to że są niewinni. Mogę wam przysiądz że będzie kurewsko bolało a ratunku nie będzie. Daję wam 3 dni. Jeśli za 3 dni nie dostanę hajsu, to zrównam was z powierzchnią ziemi.
niedziela, 9 marca 2014
Rozdział 8.
VICTORIA'S POV
Justin zaprowadził mnie w niezbadaną część tegoż właśnie domu. Nie byłam tu wcześniej, chociażby ze względu na to, że nie pozwalali nam na to. Jednak teraz tu jestem. I szczerze, mam dziwne przeczucia związane właśnie z tym miejscem. Jakoś, zawsze mnie tu ciągnęło. Chciałam wiedzieć co tu jest. A teraz, kiedy wiem, że oprócz korytarza z cichą pustką ukrytą za drzwiami nie ma tu nic, wolałabym tu nie być. Tak jakoś... Dziwne przeczucie mnie opanowywuje. Nie żebym się bała chodzenia między pokojami, czy tam coś, ale czuję się dziwnie bo tu jest zbyt cicho. No i jest ze mną Justin rzecz jasna. To akurat przeraża mnie najbardziej...
Szłam dość sztywno. Było słychać stukot naszych butów jak i mój zdenerwowany oddech. Cisza była częścią układanki, która nie pasowała do tego domu. Tu, było cicho. W przeciwieństwie do tamtej części domu, którą znałam na pamięć. Tutaj, było słychać nawet wiatr który ukradkiem wleciał prze dach na strych. Nie lubię takiej ciszy. Ja w ogóle nie lubię ciszy... kiedyś ją kochałam, teraz się jej boję.
Justin chwycił za moje ramię obracając moim ciałem o 90 stopni. Skierował moją twarz jak i całe ciało w stronę schodów. To nie były zwykłe schody. Prowadziły w dół, nie w górę. Podobnie jak zejście do garażu. Tylko że tutaj na końcu były dość... dziwne drzwi. Mówię poważnie. One były na serio dziwne. Justin nakazał mi zejść w dół. Cóż, musiałam posłuchać.
Ostrożnie zeszłam po schodach na dół. Zatrzymałam się jakieś pół metra od nich i od razu narzuciły mi się na myśl dwie rzeczy. Pierwszą z nich był niesamowity kurz i napis. Drzwi były niesamowicie zaniedbane. Co lepsze, były stare i drewniane. Metalowe wzorki utworzone na wzór liter, utworzyły tam napis : MARBLE. Sama ta nazwa nie mówiła mi absolutnie nic. Nie mogłam też na jej podstawie, domyśleć się co może być za drzwiami.
Napis, nie pomógł mi w domyśleniu się, co jest po drugiej stronie, ale zapach który poczułam powiedział mi dość sporo. Zapach był drugą sprawą jaka narzuciła mi się na myśl. Był do prawdy paskudny. Ochydnie słodki i drażniący. Nigdy nie wąchałam niczego bardzie odrażającego. Jednak będąc przy Justinie nie mogłam wybrzydzać.
Z jednej strony kusiło mnie żeby wiedzieć co tam jest i wiedzieć po co Justin mnie tu przyprowadził, ale z drugiej strony wolałam stąd odejść. Wygląd drzwi był nawet kuszący. Sprawiał że chciałam je bliżej zbadać i odkryć ich tajemnicę. Ale zapach który bił od nich, odrzucał mnie i z lekka robiło mi się niedobrze. A może i nawet bardzo niedobrze...
-co tam jest? - odważyłam się zapytać chłopaka który stał za mną. Kiedy się odwróciłam zauważyłam że dalej ma krew na czole. Jeszcze jej nie zmył.
-chcesz wiedzieć? - miałam ochotę powiedzieć : TAK i NIE. Tak, bo byłam ciekawa, Nie, bo odrzucał mnie zapach. - choć w sumie, niepotrzebnie się pytam, i tak byś tam weszła.
-że, co proszę? - moja lewa brew powędrowała ku górze w lekkim zdziwieniu. Jego bezczelny uśmiech wlał się na twarz. Skinieniem ręki wskazał mi na klamkę.
-otwórz, i wejdź do środka.
Nie wiedziałam czy robię dobrze. Postanowiłam że skoro i tak musiałabym tam wejść, to chociaż trochę ułatwię sobie sprawę. Położyłam lewą dłoń na skroni zasłaniając sobie oczy a drugą nacisnęłam na klamkę i pociągnęłam ku sobie. Drzwi ze zgrzytem otwarły się. Postawiłam krok do przodu ciągle zasłaniając sobie oczy. Kiedy natężenie ciśnienia w pokoju zmalało, w mój nos uderzyła ochydna fala tego paskudnego zapachu.
Nie mogąc dłużej wytrzymać zdjęłam dłoń z oczu zasłaniając sobie nią nos. Przytrzymałam na chwilę palce na nosie, kiedy nagle Justin obrócił moim ciałem. Ręce opadły wzdłuż mojego ciała, a już chwilę potem zasłoniłam usta i zrobiłam krok w tył. Na przeciwko mnie, na zakurzonej, brudnej, niewyremontowanej podłodze widniała wielka czerwona plama. Stało tam też łóżko. Białe, jak w szpitalach z koszmaru. Również brudne. W miejscu gdzie powinna znajdować się klatka piersiowa i głowa pacjenta leżącego na takim właśnie łóżku, prześcieradło tamtegoż łóżka było zakrwawione. Obok łóżka, stał drewniany pień. W jego górną nawierzchnię była wbita siekiera. W z brzegów pieńka strumieniami spływały czerwone krople. Przerażenie mnie sparaliżowało kiedy błądziłam wzrokiem po czerwonym brudzie. Plamy krwi były wszędzie. Ściany... wyglądały tak, jakby czyjeś zakrwawione ręce w nie uderzały. Tak jakby ktoś próbował uciekać. Wszędzie walały się szczątki ubrań w kącie pokoju leżała bielizna. Męska, damska... zaczęłam się cofać w przerażeniu kiedy zatrzymało mnie ciało Justina. Idiotycznie się uśmiechał widząc mój wyraz twarzy. Chwycił za moje ramiona odwracając moją twarz w inną stronę. Zobaczyłam róg ściany. Coś za nią było. A na podłodze był ślad. Ślady na podłodze ciągnęły się od łóżka i pnia. Tak jakby ktoś ciągnął kogoś po podłodze za róg tamtej ściany. Wszechobecna krew sprawiła że poczułam się jak w horrorze.Wróciłam wzrokiem w stronę łóżka. Dopiero teraz zauważyłam że do ramy były przypięte łańcuchy i 2 pary kajdanek. To mnie przerażało...
Justin pchnął mnie w tamtą stronę. Bałam się jak cholera. Zaczynały drżeć mi dłonie i warga. Powoli zaczynałam stawiać kroki. Nie spieszyło mi się. Cóż, mnie nie, ale Justinowi najwidoczniej : TAK. Chwycił za moje ramiona i siłą pokierował moim ciałem w stronę rogu.
Zaczęłam krzyczeć, piszczeć i drżeć. Chciałam stamtąd uciec, zaszyć się w pokoju, daleko od tamtego miejsca. Justin postawił mnie siłą przed rozkładającymi się ludzkimi zwłokami. Każde, krwawe, byli trupami. Martwi, cali we krwi, rozkładające się szczątki zamordowanych ludzi. Odór, ten pierdolony zapach. To on mnie tak drażnił. Justin zmusił mnie bym patrzyła na tych ludzi. Jedni byli nie do końca oskubanymi przez szczury kośćmi, inny świeżo rozpadającymi się zwłokami. Zaczęłam płakać. Tak cholernie się bałam. Ja się boję takich rzeczy. Krew była wszechobecna. Tych ciał było na prawdę sporo. Nie wiem ile. Dużo.
Płakałam, prosiłam żeby pozwolił mi wyjść. On tylko bezczelnie się śmiał. Na nim nie robiło to żadnego wrażenia. To on! On i Styles! To oni zabili tych ludzi! Chryste, proszę, dość...
-skończysz identycznie, jeśli nie będziesz mi posłuszna. Rozumiesz? - Justin wysyczał ściskając za moje dygoczące ramiona.
-błagam, Justin, wypuść mnie stąd! - krzyczałam nie mogąc opanować strumienia łez.
-rozumiesz co do ciebie powiedziałem ?! - krzyknął mi prosto w twarz.
-tak, tak, rozumiem... proszę, chcę wyjść...
Szarpnął mnie do wyjścia. W myślach panował chaos. Bałam się. Wiedziałam że tej nocy nie zasnę.
Wyprowadził mnie za drzwi. I szyderczo oznajmił prowadząc za bluzkę do wyjścia.
-nie martw się, Harry da Megan tą samą lekcję jaką ja właśnie dałem tobie. Nie będziesz sama.
Justin zaprowadził mnie w niezbadaną część tegoż właśnie domu. Nie byłam tu wcześniej, chociażby ze względu na to, że nie pozwalali nam na to. Jednak teraz tu jestem. I szczerze, mam dziwne przeczucia związane właśnie z tym miejscem. Jakoś, zawsze mnie tu ciągnęło. Chciałam wiedzieć co tu jest. A teraz, kiedy wiem, że oprócz korytarza z cichą pustką ukrytą za drzwiami nie ma tu nic, wolałabym tu nie być. Tak jakoś... Dziwne przeczucie mnie opanowywuje. Nie żebym się bała chodzenia między pokojami, czy tam coś, ale czuję się dziwnie bo tu jest zbyt cicho. No i jest ze mną Justin rzecz jasna. To akurat przeraża mnie najbardziej...
Szłam dość sztywno. Było słychać stukot naszych butów jak i mój zdenerwowany oddech. Cisza była częścią układanki, która nie pasowała do tego domu. Tu, było cicho. W przeciwieństwie do tamtej części domu, którą znałam na pamięć. Tutaj, było słychać nawet wiatr który ukradkiem wleciał prze dach na strych. Nie lubię takiej ciszy. Ja w ogóle nie lubię ciszy... kiedyś ją kochałam, teraz się jej boję.
Justin chwycił za moje ramię obracając moim ciałem o 90 stopni. Skierował moją twarz jak i całe ciało w stronę schodów. To nie były zwykłe schody. Prowadziły w dół, nie w górę. Podobnie jak zejście do garażu. Tylko że tutaj na końcu były dość... dziwne drzwi. Mówię poważnie. One były na serio dziwne. Justin nakazał mi zejść w dół. Cóż, musiałam posłuchać.
Ostrożnie zeszłam po schodach na dół. Zatrzymałam się jakieś pół metra od nich i od razu narzuciły mi się na myśl dwie rzeczy. Pierwszą z nich był niesamowity kurz i napis. Drzwi były niesamowicie zaniedbane. Co lepsze, były stare i drewniane. Metalowe wzorki utworzone na wzór liter, utworzyły tam napis : MARBLE. Sama ta nazwa nie mówiła mi absolutnie nic. Nie mogłam też na jej podstawie, domyśleć się co może być za drzwiami.
Napis, nie pomógł mi w domyśleniu się, co jest po drugiej stronie, ale zapach który poczułam powiedział mi dość sporo. Zapach był drugą sprawą jaka narzuciła mi się na myśl. Był do prawdy paskudny. Ochydnie słodki i drażniący. Nigdy nie wąchałam niczego bardzie odrażającego. Jednak będąc przy Justinie nie mogłam wybrzydzać.
Z jednej strony kusiło mnie żeby wiedzieć co tam jest i wiedzieć po co Justin mnie tu przyprowadził, ale z drugiej strony wolałam stąd odejść. Wygląd drzwi był nawet kuszący. Sprawiał że chciałam je bliżej zbadać i odkryć ich tajemnicę. Ale zapach który bił od nich, odrzucał mnie i z lekka robiło mi się niedobrze. A może i nawet bardzo niedobrze...
-co tam jest? - odważyłam się zapytać chłopaka który stał za mną. Kiedy się odwróciłam zauważyłam że dalej ma krew na czole. Jeszcze jej nie zmył.
-chcesz wiedzieć? - miałam ochotę powiedzieć : TAK i NIE. Tak, bo byłam ciekawa, Nie, bo odrzucał mnie zapach. - choć w sumie, niepotrzebnie się pytam, i tak byś tam weszła.
-że, co proszę? - moja lewa brew powędrowała ku górze w lekkim zdziwieniu. Jego bezczelny uśmiech wlał się na twarz. Skinieniem ręki wskazał mi na klamkę.
-otwórz, i wejdź do środka.
Nie wiedziałam czy robię dobrze. Postanowiłam że skoro i tak musiałabym tam wejść, to chociaż trochę ułatwię sobie sprawę. Położyłam lewą dłoń na skroni zasłaniając sobie oczy a drugą nacisnęłam na klamkę i pociągnęłam ku sobie. Drzwi ze zgrzytem otwarły się. Postawiłam krok do przodu ciągle zasłaniając sobie oczy. Kiedy natężenie ciśnienia w pokoju zmalało, w mój nos uderzyła ochydna fala tego paskudnego zapachu.
Nie mogąc dłużej wytrzymać zdjęłam dłoń z oczu zasłaniając sobie nią nos. Przytrzymałam na chwilę palce na nosie, kiedy nagle Justin obrócił moim ciałem. Ręce opadły wzdłuż mojego ciała, a już chwilę potem zasłoniłam usta i zrobiłam krok w tył. Na przeciwko mnie, na zakurzonej, brudnej, niewyremontowanej podłodze widniała wielka czerwona plama. Stało tam też łóżko. Białe, jak w szpitalach z koszmaru. Również brudne. W miejscu gdzie powinna znajdować się klatka piersiowa i głowa pacjenta leżącego na takim właśnie łóżku, prześcieradło tamtegoż łóżka było zakrwawione. Obok łóżka, stał drewniany pień. W jego górną nawierzchnię była wbita siekiera. W z brzegów pieńka strumieniami spływały czerwone krople. Przerażenie mnie sparaliżowało kiedy błądziłam wzrokiem po czerwonym brudzie. Plamy krwi były wszędzie. Ściany... wyglądały tak, jakby czyjeś zakrwawione ręce w nie uderzały. Tak jakby ktoś próbował uciekać. Wszędzie walały się szczątki ubrań w kącie pokoju leżała bielizna. Męska, damska... zaczęłam się cofać w przerażeniu kiedy zatrzymało mnie ciało Justina. Idiotycznie się uśmiechał widząc mój wyraz twarzy. Chwycił za moje ramiona odwracając moją twarz w inną stronę. Zobaczyłam róg ściany. Coś za nią było. A na podłodze był ślad. Ślady na podłodze ciągnęły się od łóżka i pnia. Tak jakby ktoś ciągnął kogoś po podłodze za róg tamtej ściany. Wszechobecna krew sprawiła że poczułam się jak w horrorze.Wróciłam wzrokiem w stronę łóżka. Dopiero teraz zauważyłam że do ramy były przypięte łańcuchy i 2 pary kajdanek. To mnie przerażało...
Justin pchnął mnie w tamtą stronę. Bałam się jak cholera. Zaczynały drżeć mi dłonie i warga. Powoli zaczynałam stawiać kroki. Nie spieszyło mi się. Cóż, mnie nie, ale Justinowi najwidoczniej : TAK. Chwycił za moje ramiona i siłą pokierował moim ciałem w stronę rogu.
Zaczęłam krzyczeć, piszczeć i drżeć. Chciałam stamtąd uciec, zaszyć się w pokoju, daleko od tamtego miejsca. Justin postawił mnie siłą przed rozkładającymi się ludzkimi zwłokami. Każde, krwawe, byli trupami. Martwi, cali we krwi, rozkładające się szczątki zamordowanych ludzi. Odór, ten pierdolony zapach. To on mnie tak drażnił. Justin zmusił mnie bym patrzyła na tych ludzi. Jedni byli nie do końca oskubanymi przez szczury kośćmi, inny świeżo rozpadającymi się zwłokami. Zaczęłam płakać. Tak cholernie się bałam. Ja się boję takich rzeczy. Krew była wszechobecna. Tych ciał było na prawdę sporo. Nie wiem ile. Dużo.
Płakałam, prosiłam żeby pozwolił mi wyjść. On tylko bezczelnie się śmiał. Na nim nie robiło to żadnego wrażenia. To on! On i Styles! To oni zabili tych ludzi! Chryste, proszę, dość...
-skończysz identycznie, jeśli nie będziesz mi posłuszna. Rozumiesz? - Justin wysyczał ściskając za moje dygoczące ramiona.
-błagam, Justin, wypuść mnie stąd! - krzyczałam nie mogąc opanować strumienia łez.
-rozumiesz co do ciebie powiedziałem ?! - krzyknął mi prosto w twarz.
-tak, tak, rozumiem... proszę, chcę wyjść...
Szarpnął mnie do wyjścia. W myślach panował chaos. Bałam się. Wiedziałam że tej nocy nie zasnę.
Wyprowadził mnie za drzwi. I szyderczo oznajmił prowadząc za bluzkę do wyjścia.
-nie martw się, Harry da Megan tą samą lekcję jaką ja właśnie dałem tobie. Nie będziesz sama.
piątek, 7 marca 2014
Rozdział 7.
Patrzyłam w jego zielone tęczówki usiłując doczekać się odpowiedzi z jego strony. Problem w tym, że mi jej nie udzielił. A co z tego wynika? Bije mnie, a sam nawet nie wie za co? Przecież to jest chore...
-nie powinno cię to interesować. -mruknął w końcu zmieszany moim pytaniem.
-owszem powinno. Tak samo chcę wiedzieć co zrobiliście z chłopcami? - mówiłam mu po kolei, to, czego od niego oczekiwałam.
-to również nie powinno cię interesować.
-cholera jasna, Styles! - wykrzyczałam zła, że on totalnie mnie ignoruje!
Wstałam tak szybko jak było to możliwe, mimo że ból w nogach chciał rozerwać mi żyły i pchnęłam Harry'ego, ciągle oszołomionego moim krzykiem. Upadł bezwładnie na podłogę a ja podbiegłam do drzwi. Chciałam uciec, a potem zamknąć drzwi. Jedyny problem był taki, że dopiero przy drzwiach uświadomiłam sobie, że to Styles ma klucze od tego głupiego zamka...
-coś ci ten numer nie wyszedł! - błyskawicznie wstał z podłogi.
Szarpałam za klamkę nie dopuszczając do świadomości faktu że i tak nie otworzę tych drzwi. Chciałam uciec, zamknąć go i puścić zimne powietrze. Fajnie by mu było, gdybym go potraktowała cholernie zimnym dymem. Boże, o czym ja myślę...
-widzę że nadal nie zrozumiałaś kto tutaj rządzi? - Harry oplótł mój brzuch jednym ramieniem uniemożliwiając mi ucieczkę - dobrze, pokaże ci kto tutaj góruje...
Wrzask pojawił się w moich myślach jak i na ustach, kiedy poczułam wielkie palce Harry'ego pod dolną częścią mojej bielizny. Przygniótł mnie do ściany. Jedną ręką trzymał mnie za brzuch a drugą krzywdził moją kobiecość. Krzywdził, w sensie był brutalny i gwałtowny, co powodowało w moim ciele ból. Łzy napłynęły mi do oczu, kiedy poczułam jak jego dwa palce boleśnie wchodzą w moje wnętrze. Tak cholernie nie chciałam żeby mi to robił!
-Harry przestań, mnie to boli... - wyszeptałam na bezdechu.
-to ma boleć. Masz wiedzieć kto tu rządzi.
-nie uświadomisz mi tego, robiąc mi krzywdę.
-a może jednak? - wsunął we mnie całe dwa palce, ten ból, był bardziej bolesny niż każdy inny do tej pory.
-puść, puść! - krzyczałam w ścianę a on tylko się szyderczo ze mnie śmiał. - jeśli umiałeś uszanować swoją mamę, to uszanuj też mnie! Ja też jestem kobietą...
Jego dłoń momentalnie zniknęła z dolnej partii mojego ciała. Poczułam ulgę. Błysk przeszedł mi przed oczami, kiedy pomyślałam o tym, czemu tak szybko zareagował na moją wypowiedź, w momencie gdy na prośby nie reagował.
-nigdy, nie porónuj się do mojej mamy! Ona była złotą kobietą a ty jesteś gównem. - uh, czy obrażanie mnie musi być na porządku dziennym?
-jesteś podłym bachorem, wiesz? Szkoda mi twojej matki, że musiała wychowywać takiego potwora jak ty! Żadna kobieta nie chciałaby mieć syna który obraża kobiety! Skoro kobieta dała ci życie i cię urodziła, powinieneś mieć szacunek do niej i każdej innej! - miałam dość jego pierdolonych ograniczeń. Zrzuciłam ze swojego brzucha jego ramię, odwróciłam się i mówiłam mu prosto w twarz. Było mi obojętne czy mnie zabije czy nie. Ktoś musiał mu to powiedzieć.
-jakim prawem, ty, moja niewolnica, mówisz mi to? Wydaje ci się że jestem twoim kolegą i możesz tak do mnie mówić?
-a niby w czym ty jesteś lepszy ode mnie, co? Tym że masz jaja? Jesteś męską ciotą? Nie szanujesz kobiet? Bijesz mnie? Masz więcej siły? Śmiało, pochwal się. Z chęcią posłucham.
Jego oczy przybrały odcień ciemnej zieleni, ale było mi obojętne, co mi zrobi. Mógł mnie jedynie uderzyć, lub zabić. Jedno z dwóch.
-jesteś bezczelną suką. - rzucił wkurzony.
-dziękuję, staram się jak mogę. - a ja odpowiedziałam czystym sarkazmem.
Najwidoczniej, miał dość, męczącej konwersacji ze mną, więc wyjął kluczyk ze spodni, otworzył drzwi i ruchem ręki nakazał mi wyjść.
-do rana, nie chcę cię widzieć. - mówił tym samym zimnym tonem. Nie lubiłam tej wersji jego głosu.
-uwierz, nie mam zamiaru oglądać twojej twarzy.
I w tedy, zrozumiałam że mogłam pohamować ostatnie słowa. Nagle zmienił plany, chwytając mnie za włosy i szarpiąc za nie w stronę garażu. Nie miałam pojęcia - po co? Był jednak wściekły bo przy jego koordynacji ruchów, nie miałam szans, nawet na rzucanie się.
Kopnięciem w drewniane drzwi, otworzyło się wejście, a potem zobaczyłam schody do garażu. Wepchnął mnie siłą a potem zatrzasnął za mną drzwi zamykając je kluczem. Zrezygnowałam z walki i powoli zeszłam po schodach w dół. Zginanie nóg, na schodzeniu ze stopnia na stopień bolało, ale co miałam zrobić?
Zeszłam całkowicie na dół. Bieber pozamykał wszystkie możliwe wyjścia i drogi ucieczki. Patrzyłam na okna a dopiero po chwili odwróciłam się żeby zobaczyć resztę pomieszczenia.
Jak boga kocham, myślałam że dostanę zawału. Odwróciłam się a potem mój wzrok momentalnie spadł na podłogę. Ethan wraz z okaleczonym Loganem byli przypięci kajdankami za nadgarstki wysoko nad głową do rur gazowych. Bieber poobijał im twarze i ponadcinał skórę, co można było zobaczyć na plamach. Ich twarze, mokre od płaczu, policzki napuchnięte od łez, i zapewne ból głowy spowodowany krzykiem i błaganiem o litość. Byli pobici. Podbiegłam starając się chociaż odrobinę przytulić każdego z nich.
-będzie dobrze, zobaczycie... - wyszeptałam, czując że po raz kolejny dzisiaj, będę płakać.
-nie powinno cię to interesować. -mruknął w końcu zmieszany moim pytaniem.
-owszem powinno. Tak samo chcę wiedzieć co zrobiliście z chłopcami? - mówiłam mu po kolei, to, czego od niego oczekiwałam.
-to również nie powinno cię interesować.
-cholera jasna, Styles! - wykrzyczałam zła, że on totalnie mnie ignoruje!
Wstałam tak szybko jak było to możliwe, mimo że ból w nogach chciał rozerwać mi żyły i pchnęłam Harry'ego, ciągle oszołomionego moim krzykiem. Upadł bezwładnie na podłogę a ja podbiegłam do drzwi. Chciałam uciec, a potem zamknąć drzwi. Jedyny problem był taki, że dopiero przy drzwiach uświadomiłam sobie, że to Styles ma klucze od tego głupiego zamka...
-coś ci ten numer nie wyszedł! - błyskawicznie wstał z podłogi.
Szarpałam za klamkę nie dopuszczając do świadomości faktu że i tak nie otworzę tych drzwi. Chciałam uciec, zamknąć go i puścić zimne powietrze. Fajnie by mu było, gdybym go potraktowała cholernie zimnym dymem. Boże, o czym ja myślę...
-widzę że nadal nie zrozumiałaś kto tutaj rządzi? - Harry oplótł mój brzuch jednym ramieniem uniemożliwiając mi ucieczkę - dobrze, pokaże ci kto tutaj góruje...
Wrzask pojawił się w moich myślach jak i na ustach, kiedy poczułam wielkie palce Harry'ego pod dolną częścią mojej bielizny. Przygniótł mnie do ściany. Jedną ręką trzymał mnie za brzuch a drugą krzywdził moją kobiecość. Krzywdził, w sensie był brutalny i gwałtowny, co powodowało w moim ciele ból. Łzy napłynęły mi do oczu, kiedy poczułam jak jego dwa palce boleśnie wchodzą w moje wnętrze. Tak cholernie nie chciałam żeby mi to robił!
-Harry przestań, mnie to boli... - wyszeptałam na bezdechu.
-to ma boleć. Masz wiedzieć kto tu rządzi.
-nie uświadomisz mi tego, robiąc mi krzywdę.
-a może jednak? - wsunął we mnie całe dwa palce, ten ból, był bardziej bolesny niż każdy inny do tej pory.
-puść, puść! - krzyczałam w ścianę a on tylko się szyderczo ze mnie śmiał. - jeśli umiałeś uszanować swoją mamę, to uszanuj też mnie! Ja też jestem kobietą...
Jego dłoń momentalnie zniknęła z dolnej partii mojego ciała. Poczułam ulgę. Błysk przeszedł mi przed oczami, kiedy pomyślałam o tym, czemu tak szybko zareagował na moją wypowiedź, w momencie gdy na prośby nie reagował.
-nigdy, nie porónuj się do mojej mamy! Ona była złotą kobietą a ty jesteś gównem. - uh, czy obrażanie mnie musi być na porządku dziennym?
-jesteś podłym bachorem, wiesz? Szkoda mi twojej matki, że musiała wychowywać takiego potwora jak ty! Żadna kobieta nie chciałaby mieć syna który obraża kobiety! Skoro kobieta dała ci życie i cię urodziła, powinieneś mieć szacunek do niej i każdej innej! - miałam dość jego pierdolonych ograniczeń. Zrzuciłam ze swojego brzucha jego ramię, odwróciłam się i mówiłam mu prosto w twarz. Było mi obojętne czy mnie zabije czy nie. Ktoś musiał mu to powiedzieć.
-jakim prawem, ty, moja niewolnica, mówisz mi to? Wydaje ci się że jestem twoim kolegą i możesz tak do mnie mówić?
-a niby w czym ty jesteś lepszy ode mnie, co? Tym że masz jaja? Jesteś męską ciotą? Nie szanujesz kobiet? Bijesz mnie? Masz więcej siły? Śmiało, pochwal się. Z chęcią posłucham.
Jego oczy przybrały odcień ciemnej zieleni, ale było mi obojętne, co mi zrobi. Mógł mnie jedynie uderzyć, lub zabić. Jedno z dwóch.
-jesteś bezczelną suką. - rzucił wkurzony.
-dziękuję, staram się jak mogę. - a ja odpowiedziałam czystym sarkazmem.
Najwidoczniej, miał dość, męczącej konwersacji ze mną, więc wyjął kluczyk ze spodni, otworzył drzwi i ruchem ręki nakazał mi wyjść.
-do rana, nie chcę cię widzieć. - mówił tym samym zimnym tonem. Nie lubiłam tej wersji jego głosu.
-uwierz, nie mam zamiaru oglądać twojej twarzy.
I w tedy, zrozumiałam że mogłam pohamować ostatnie słowa. Nagle zmienił plany, chwytając mnie za włosy i szarpiąc za nie w stronę garażu. Nie miałam pojęcia - po co? Był jednak wściekły bo przy jego koordynacji ruchów, nie miałam szans, nawet na rzucanie się.
Kopnięciem w drewniane drzwi, otworzyło się wejście, a potem zobaczyłam schody do garażu. Wepchnął mnie siłą a potem zatrzasnął za mną drzwi zamykając je kluczem. Zrezygnowałam z walki i powoli zeszłam po schodach w dół. Zginanie nóg, na schodzeniu ze stopnia na stopień bolało, ale co miałam zrobić?
Zeszłam całkowicie na dół. Bieber pozamykał wszystkie możliwe wyjścia i drogi ucieczki. Patrzyłam na okna a dopiero po chwili odwróciłam się żeby zobaczyć resztę pomieszczenia.
Jak boga kocham, myślałam że dostanę zawału. Odwróciłam się a potem mój wzrok momentalnie spadł na podłogę. Ethan wraz z okaleczonym Loganem byli przypięci kajdankami za nadgarstki wysoko nad głową do rur gazowych. Bieber poobijał im twarze i ponadcinał skórę, co można było zobaczyć na plamach. Ich twarze, mokre od płaczu, policzki napuchnięte od łez, i zapewne ból głowy spowodowany krzykiem i błaganiem o litość. Byli pobici. Podbiegłam starając się chociaż odrobinę przytulić każdego z nich.
-będzie dobrze, zobaczycie... - wyszeptałam, czując że po raz kolejny dzisiaj, będę płakać.
wtorek, 4 marca 2014
Rozdział 6.
Kiedy Justin domknął drzwi od piwnicy poczułam, że mimo iż mam drogę ucieczki, jestem ograniczona. Czułam jego wyższość nade mną chociaż sama równie dobrze mogłam nad nim górować. Ale tak nie było. Nawet nie mam pojęcia dlaczego? Czułam na sobie chłód jego wzroku, słyszałam jego wewnętrzny krzyk i mimo iż nawet mnie nie dotknął czułam nadchodzącą falę bólu która kumulowała się we mnie. To wszystko mną szarpało. Ja się po prostu go bałam. On był inny. Podły i zimny. Styles był chorą bestią która potrzebowała leczenia lub śmierci. Bieber, był bezlitosny, zimny, podły i arogancki. Justin chce, Justin ma.
Kazał mi iść wolnym krokiem do przodu. Nie czułam się dobrze. Nie wiedziałam czego mogę się po nim spodziewać. Napadu złości? Może tego że znowu będzie mnie bić? A może po prostu będzie mnie torturować. Czułam zimny pot. Jego krok nie dorównywał mojemu. Był szybszy. O wiele.
Nagle poczułam jak jego wielka dłoń, ściska moje ramię odwracając mnie. Podniósł ramiona i pchnął mnie w stronę ściany. Odległość między mną a nim zaczynała być niebezpieczna. Dzieliło nas niewiele. Patrzył mi się w oczy a ja czułam drży mi warga i pod oczami robią się rumieńce. Nienawidzę rumieńca. Robię się czerwona jak burak w momencie kiedy nie jest mi to ani na chwilę potrzebne.
-po jaką cholerę chcieliście uciekać, co? - jego głos zadźwięczał mi w uszach i odbijał się echem jeszcze kilka razy zanim zdołałam coś z siebie wydusić.
-nie-nie wiem... ja... chciałam tylko wrócić do domu... - poczułam gorącą łzę na twarzy. Zamknęłam powieki nie chcąc patrzyć na jego bezczelny wyraz twarzy.
-już tam nie wrócisz. Jesteś moja. Tylko moja. A ja nie pozwolę ci odejść.
-Justin, proszę, chcę wrócić do domu...
-nigdy. - Justin splunął na podłogę a potem pociągnął mnie za ramię w stronę wyjścia. Tak cholernie chciałabym wrócić do domu...
MEGAN'S POV
Bolała mnie skaleczona skóra na nogach. Ten ból był jak igły, które ktoś we mnie wbijał. Nie odstępował mnie. Tak bardzo bym chciała, żeby właśnie w tym momencie role się zamieniły. To ja chciałabym być bezlitosnym katem. Chciałabym stać z paskiem w dłoni i patrzeć jak Styles kuli się przede mną, płacze i błaga o litość. Tak kurewsko bym tego chciała. Widzieć łzy i ból w jego oczach. Chcę żeby poczuł smak bycia tym, kim ja jestem obecnie. On na to zasługuje. Ja nie.
Siedziałam, marznąc i pocierając dłonią obolałą skórę. Usłyszałam kroki na korytarzu. Miałam szczerą nadzieję że to Victoria. Niestety...
-dasz radę wstać i wyjść? - głos Harry'ego zabrzmiał jak dźwięcząca pozytywka. Niby ładny daje dźwięk, ale tak na prawdę nie jest nic warta.
-wstać i wyjść? Kpisz ze mnie? - zaśmiałam się gardłowo - najpierw mnie katujesz, wyzywasz, potem przysyłasz tu niewinną Vickie tylko po to żeby po chwili oddać ją w ręce Justina, a teraz przychodzisz do mnie i idiotycznie pytasz czy dam rady wstać? Czy ty jesteś kurwa normalny? - jego brwi zmarszczyły się, widziałam że moje ostatnie pytanie nie podpadło mu do gustu.
-nie igraj ze mną, bo źle się to dla ciebie skończy.
-doprawdy? A co według ciebie znaczy ''źle skończy'' ? Mam rozumieć że znowu mnie tu zamkniesz, będziesz bił, wyzywał, głodził a potem każesz mi po prostu wstać i wyjść? Wiesz, ból, nie jest dla mnie niczym szczególnym. Zwłaszcza przy tobie.
Jego oczy pociemniały. Wszedł zamykając za sobą drzwi. Nie odezwałam się ani słowem. Mam dość jego ciągłego udawania bycia kimś lepszym. Ciągłego robienia mi na złość.
Podszedł i powoli zniżył się do poziomu mojej twarzy. Nie chciałam na niego patrzeć. Miał piękną twarz, ale pokrytą gównem, jakim był jego pierdolony charakter. Nienawidziłam go całym sercem.
-jesteś chodzącą paskudą. Nigdy nie widziałem brzydszego wrzoda na dupie od ciebie. Jesteś szmatą do podłogi a twoje miejsce jest na kolanach z głową między moimi nogami. Zupełnie nie rozumiem dlaczego ty jeszcze żyjesz?
Poczułam wewnętrzną urazę. To co o mnie mówił tak potwornie bolało. Chciałam być twarda. Chociaż przez chwilę. Ale nie umiałam. Zaczęłam płakać. Odwróciłam się od niego w bok i miałam go gdzieś. Nigdy nikt mnie tak nie poniżał. Nie wiedziałam, czy robił mi na złość czy mówił to co o mnie myślał, ale i tak sprawiał mi ból.
-jak widać nie jesteś tak silna jaką zgrywasz - jego słowa wyrywały z mojej psychiki ogromne płaty i rozdzierały je między siebie.
-czy swoją mamę też tak traktowałeś jak mnie teraz? - chciałam mu się odegrać, nie wiedziałam jeszcze jak, ale chciałam mu dopiąć - czy swoją żonę i dziecko też będziesz bił, przezywał, kaleczył i nazywał szmatą do podłogi? A może po prostu nie będziesz miał żony i dziecka? - patrzyłam na jego twarz która momentalnie przybrała innej postaci. Oczy nagle pojaśniały i opadły mu kąciki ust. - czy ty biłeś swoją mamę? Poniżałeś, katowałeś? Czy ty w ogóle masz szacunek do kobiet?
Patrzyłam na Harry'ego który był zaskoczony moimi słowami. Otworzył usta i nie wiedział co ma mi powiedzieć. Zgasiłam go. Nie mogłam pozwolić, aby w dalszym ciągu miał mnie za służącą.
-nigdy, nie uderzyłem swojej mamy. Była wspaniałą kobietą. Nigdy nie chciałem jej krzywdy i nigdy jej tej krzywdy nie wyrządziłem. - patrzył mi w oczy, tak jakby usiłował mi coś wytłumaczyć.
-więc dlaczego robisz to mnie?
Kazał mi iść wolnym krokiem do przodu. Nie czułam się dobrze. Nie wiedziałam czego mogę się po nim spodziewać. Napadu złości? Może tego że znowu będzie mnie bić? A może po prostu będzie mnie torturować. Czułam zimny pot. Jego krok nie dorównywał mojemu. Był szybszy. O wiele.
Nagle poczułam jak jego wielka dłoń, ściska moje ramię odwracając mnie. Podniósł ramiona i pchnął mnie w stronę ściany. Odległość między mną a nim zaczynała być niebezpieczna. Dzieliło nas niewiele. Patrzył mi się w oczy a ja czułam drży mi warga i pod oczami robią się rumieńce. Nienawidzę rumieńca. Robię się czerwona jak burak w momencie kiedy nie jest mi to ani na chwilę potrzebne.
-po jaką cholerę chcieliście uciekać, co? - jego głos zadźwięczał mi w uszach i odbijał się echem jeszcze kilka razy zanim zdołałam coś z siebie wydusić.
-nie-nie wiem... ja... chciałam tylko wrócić do domu... - poczułam gorącą łzę na twarzy. Zamknęłam powieki nie chcąc patrzyć na jego bezczelny wyraz twarzy.
-już tam nie wrócisz. Jesteś moja. Tylko moja. A ja nie pozwolę ci odejść.
-Justin, proszę, chcę wrócić do domu...
-nigdy. - Justin splunął na podłogę a potem pociągnął mnie za ramię w stronę wyjścia. Tak cholernie chciałabym wrócić do domu...
MEGAN'S POV
Bolała mnie skaleczona skóra na nogach. Ten ból był jak igły, które ktoś we mnie wbijał. Nie odstępował mnie. Tak bardzo bym chciała, żeby właśnie w tym momencie role się zamieniły. To ja chciałabym być bezlitosnym katem. Chciałabym stać z paskiem w dłoni i patrzeć jak Styles kuli się przede mną, płacze i błaga o litość. Tak kurewsko bym tego chciała. Widzieć łzy i ból w jego oczach. Chcę żeby poczuł smak bycia tym, kim ja jestem obecnie. On na to zasługuje. Ja nie.
Siedziałam, marznąc i pocierając dłonią obolałą skórę. Usłyszałam kroki na korytarzu. Miałam szczerą nadzieję że to Victoria. Niestety...
-dasz radę wstać i wyjść? - głos Harry'ego zabrzmiał jak dźwięcząca pozytywka. Niby ładny daje dźwięk, ale tak na prawdę nie jest nic warta.
-wstać i wyjść? Kpisz ze mnie? - zaśmiałam się gardłowo - najpierw mnie katujesz, wyzywasz, potem przysyłasz tu niewinną Vickie tylko po to żeby po chwili oddać ją w ręce Justina, a teraz przychodzisz do mnie i idiotycznie pytasz czy dam rady wstać? Czy ty jesteś kurwa normalny? - jego brwi zmarszczyły się, widziałam że moje ostatnie pytanie nie podpadło mu do gustu.
-nie igraj ze mną, bo źle się to dla ciebie skończy.
-doprawdy? A co według ciebie znaczy ''źle skończy'' ? Mam rozumieć że znowu mnie tu zamkniesz, będziesz bił, wyzywał, głodził a potem każesz mi po prostu wstać i wyjść? Wiesz, ból, nie jest dla mnie niczym szczególnym. Zwłaszcza przy tobie.
Jego oczy pociemniały. Wszedł zamykając za sobą drzwi. Nie odezwałam się ani słowem. Mam dość jego ciągłego udawania bycia kimś lepszym. Ciągłego robienia mi na złość.
Podszedł i powoli zniżył się do poziomu mojej twarzy. Nie chciałam na niego patrzeć. Miał piękną twarz, ale pokrytą gównem, jakim był jego pierdolony charakter. Nienawidziłam go całym sercem.
-jesteś chodzącą paskudą. Nigdy nie widziałem brzydszego wrzoda na dupie od ciebie. Jesteś szmatą do podłogi a twoje miejsce jest na kolanach z głową między moimi nogami. Zupełnie nie rozumiem dlaczego ty jeszcze żyjesz?
Poczułam wewnętrzną urazę. To co o mnie mówił tak potwornie bolało. Chciałam być twarda. Chociaż przez chwilę. Ale nie umiałam. Zaczęłam płakać. Odwróciłam się od niego w bok i miałam go gdzieś. Nigdy nikt mnie tak nie poniżał. Nie wiedziałam, czy robił mi na złość czy mówił to co o mnie myślał, ale i tak sprawiał mi ból.
-jak widać nie jesteś tak silna jaką zgrywasz - jego słowa wyrywały z mojej psychiki ogromne płaty i rozdzierały je między siebie.
-czy swoją mamę też tak traktowałeś jak mnie teraz? - chciałam mu się odegrać, nie wiedziałam jeszcze jak, ale chciałam mu dopiąć - czy swoją żonę i dziecko też będziesz bił, przezywał, kaleczył i nazywał szmatą do podłogi? A może po prostu nie będziesz miał żony i dziecka? - patrzyłam na jego twarz która momentalnie przybrała innej postaci. Oczy nagle pojaśniały i opadły mu kąciki ust. - czy ty biłeś swoją mamę? Poniżałeś, katowałeś? Czy ty w ogóle masz szacunek do kobiet?
Patrzyłam na Harry'ego który był zaskoczony moimi słowami. Otworzył usta i nie wiedział co ma mi powiedzieć. Zgasiłam go. Nie mogłam pozwolić, aby w dalszym ciągu miał mnie za służącą.
-nigdy, nie uderzyłem swojej mamy. Była wspaniałą kobietą. Nigdy nie chciałem jej krzywdy i nigdy jej tej krzywdy nie wyrządziłem. - patrzył mi w oczy, tak jakby usiłował mi coś wytłumaczyć.
-więc dlaczego robisz to mnie?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)