Na tamtą chwilę moje życie zatrzymało się w miejscu. Nie byłam w stanie określić skutków i konsekwencji tego czego oni od nas oczekują. Byłam zbyt sparaliżowana żeby wymierzyć cios. Poza tym nie mogłam tak po prostu go wychłostać... usłyszałam głos Megan.
-nie zrobię tego!
-Megan, nie wkurwiaj mnie tylko rób co ci każę! - w jej oczach zobaczyłam wściekłość. Sama czułam coś podobnego. Ale czy byłam zła? Chyba nie. Justin nie prowokował mnie do złości. Czekał jedynie.
-pierdol się, ja nie będę na tobie używać łańcucha! - Megan rzuciła kawałkiem metalu o podłogę który odbił się z hukiem. Sama również wypuściłam owy kawałek łańcucha. - a wy się kurwa ogarnijcie! - odwróciła się krzycząc w stronę Ethana z Loganem.
Chwyciła za mój rękaw. Poczłapałam za nią po schodach na górę. Czułam się dość dziwnie z faktem że miałabym go tak nagle wychłostać. Na dodatek nie byłaby to MOJA zachcianka. Nie odwracałam się w stronę męskiego członkostwa w tym domu. Po prostu wyszłam po schodach i domknęłam drzwi.
-co za idioci... - Meg runęła na łóżko. Przez przypadek otarła o nadgarstek i nawiązał się kolejny temat. - po jaką cholerę potrzebny mi ten durny kod, weź mi to wytłumacz?!
-nie wiem... może po prostu Justin i Harry nie chcą stracić stanu i wypieczętowali nam to żeby odznaczyć swoją wyższość?
-... jaśniej proszę.
-dobra, nie tłumaczę ci bo na serio nie wiem...
Drzwi otwarły się a wnich pojawiły się dwie sylwetki znane nam na codzień. Logan z Ethanem.
-co wam jebło? - zapytałam nie mogąc uwierzyć w to, że oni są cały czas na maksa wyluzowani...
-nic. To było spontaniczne. - Logan uśmiechnął się arogancko.
-to nie było śmieszne. Dla żadnej z nas...
-oj Megan, nie marudź. Mogłaś mu walnąć parę razy, zdechnąłby i byłoby po sprawie a tak to musimy się z nimi obchodzić jeszcze dwa dni.
-przepraszam bardzo, mam rozumieć że to moja wina?
-a niby czyja?
-Ethan, czy ty się słyszysz?! - Megan oburzona słowami Ethana wstała na równe nogi rozkładając dłonie na boki - moją winą jest to że mam słabą psychikę i nie chciałam uderzyć go?!
-tak? To jestem bardzo ciekawy jak ty sobie wyobrażasz swoje życie za te pieprzone dwa dni, skoro ty się boisz nawet jebnąć go łańcuchem w kark!
Zgasił nas. Ją i też mnie. Mimo że się nie odzywałam. On miał rację. Nie poradzimy sobie jeśli znowu ogarnie nas strach przed poskromieniem im skóry.
Megan usiadła na jej dawne miejsce załamując bezsilnie dłonie. Ta bezradność wobec sytuacji była jak piorun który nas wszystkich poraził. A w szczególności nas dwie. Totalna porażka... Absolutnie nie miałam pojęcia jak niby miałabym sobie poradzić. To miało być NOWE, LEPSZE życie... ale czy tak będzie?
Cały dzień aż do wieczora wlókł się w niemiłosiernym napięciu. Jednak tego dnia ani Harry, ani Justin nie żądali od nas zupełnie niczego. Co było dziwne. Siedzieliśmy cały czas na górze. Czasem ktoś schodził po coś do jedzenia ewentualnie do łazienki. Wydawałoby się że dzień przewinął nam się w nudny sposób. Cóż, nic bardziej mylnego.
To, że chłopcy nas nie wołali nie oznacza że nie działo się nic ciekawego. Otóż gdzieś tak w granicach godzin późnego popołudnia, podwórko naszego ''PAŁACU'' odwiedził samochód. Ale nie byle jaki samochód. Dokładnie ten sam którego wiedzieliśmy przedwczoraj rano. Byli tam też ci sami ludzie. A że zaparkowali dokładnie tuż pod naszym, wpół otwartym oknem, to mieliśmy okazję co nieco zobaczyć jak i podsłuchać.
Co prawda całość trwała krótko, jednak była to część nad podziw interesująca. Co bynajmniej jak dla kogoś kto cały dzień zamula w pokoju. Otóż Justin i Harry wyszli naprzeciw czwórki ludzi. Trzech białych i jeden Afroamerykanin. Wedle mojego postrzegania sytuacji, Justin i Harry byli tam najmłodsi a co bynajmniej rysy twarzy i budowy ciał tamtych mężczyzn wydawały się być o wiele mocniejsze i wyraźniejsze od ciał chłopaków które przy nich robiły wrażenie kruchych.
Postawy Stylesa i Biebera były dość niepewne ale maskowane przez udawane luzackie gesty typu dłonie w kieszeniach. Nie zauważyli nas w oknie więc mogliśmy bezkarnie podglądać i podsłuchiwać. Uciszyliśmy się.
-gdzie hajs? - zapytał najwyższy mężczyzna.
-nie mamy.
-że słucham?
-nie mamy, oni się nie zgodzili.
-mądre dzieciaki, nie ma co. - zaśmiał się arogancko na co Justin PRAWDOPODOBNIE zmarszczył brwi. - no co się krzywisz? Jedni mądrzy się wam trafili i już trzeba być przegranym, co? - drwił z nich. Spoko koleś, na serio spoko.
-przestań, gdyby to od nas zależało to skończyli by tak samo jak cała reszta.
-więc w czym problem? - ciągle z nich drwił
-po pierwsze, nie zgodzili się, po drugie, Clarise nie żyje.
-jak to nie żyje?! - owy mężczyzna nagle uniósł się całym swoim ciałem rozkładając szeroko barki. Wyjęli dłonie z kieszeni i cofnęli się o krok. - co wyście z nią zrobili gówniarze?!
-no... o-ona... - Harry próbował się wytłumaczyć jednak owy mężczyzna wpadł do domu i usłyszałam trzask drzwi. Szybko otwarliśmy kawałek naszych drzwi żeby chociaż coś usłyszeć. Słyszeliśmy jego motaninę a potem wrzask przepełniony złością. Do naszych uszy dobiegł dźwięk kroków. Domknęliśmy drzwi i wróciliśmy pod okno.
Zobaczyłam tamtych mężczyzn którzy domknęli drzwi od samochodu i założyli ramiona. Wysoki mężczyzna powrócił dobiegając do chłopaków. Z tego co widziałam na własne oczy, byli przerażeni.
-co wy z nią zrobiliście?! - chłopcy spojrzeli jeden na drugiego nie wiedząc co mają powiedzieć - no kurwa gadaj!!! - chwycił Harry'ego za podkoszulek
-ona wylazła z klatki i chciała nas pozabijać, co innego mieliśmy zrobić?! - Justin szybko krzyknął wyrywając Harry'ego z uścisku mężczyzny.
-zabiliście postrach tego domu, co wy teraz macie zamiar zrobić z tymi bachorami?!
-przecież sami wybrali że chcą górować więc jak możemy ich pozabijać?!
-słuchaj, mam zamiar dostać od was te pierdolone pieniądze! I nie obchodzi mnie co z nimi zrobicie!
-ale co my mamy z nimi zrobić...? - Harry opadł bezsilnie na kolana
-albo wy zabijecie ich, albo oni zabiją was. Jutro dokładnie o 20.00 mija wasz termin. Jeśli oni nie będą martwi, to sam będę wydawał im komendy, żebyście zdechli! - wsiadł do samochodu - a pieniądze i tak wam zabiorę! - odjechali...
Nie wiedziałam na kogo patrzeć i co myśleć. Najpierw zilustrowałam chłopaków. Justin podniósł Harry'ego za ramię. Stali dosyć długo w bezruchu. Potem spojrzałam na Megan. W jej oczach utkwiły jeszcze nie wylane łzy. Opadła na moje ramię i zaczęła płakać. Przytuliłam ją, wiedząc że jeśli Harry i Justin posuną się do morderstw na naszej czwórce, zginiemy w przeciągu 24 godzin. Ta myśl mnie przeraziła. A jeszcze większy strach poczułam na ciele, kiedy usłyszałam że weszli do domu i pozamykali drzwi. Odczułam wrażenie że jestem w więzieniu. Miejscu z którym zwiąże się mój koniec i fakt że nie mogę stąd uciec...
Zaczepisty rozdział jestem ciekawa co bd dalej czeka nn
OdpowiedzUsuńRozdzial jest po prostu fantastyczny. kto kogo zabije? Czy moze wymysla cos innego? Czekam ;)
OdpowiedzUsuńKocham *.* jezuu genialny ! <333
OdpowiedzUsuń