piątek, 7 marca 2014

Rozdział 7.

Patrzyłam w jego zielone tęczówki usiłując doczekać się odpowiedzi z jego strony. Problem w tym, że mi jej nie udzielił. A co z tego wynika? Bije mnie, a sam nawet nie wie za co? Przecież to jest chore...

-nie powinno cię to interesować. -mruknął w końcu zmieszany moim pytaniem.
-owszem powinno. Tak samo chcę wiedzieć co zrobiliście z chłopcami? - mówiłam mu po kolei, to, czego od niego oczekiwałam.
-to również nie powinno cię interesować.
-cholera jasna, Styles! - wykrzyczałam zła, że on totalnie mnie ignoruje!

Wstałam tak szybko jak było to możliwe, mimo że ból w nogach chciał rozerwać mi żyły i pchnęłam Harry'ego, ciągle oszołomionego moim krzykiem. Upadł bezwładnie na podłogę a ja podbiegłam do drzwi. Chciałam uciec, a potem zamknąć drzwi. Jedyny problem był taki, że dopiero przy drzwiach uświadomiłam sobie, że to Styles ma klucze od tego głupiego zamka...

-coś ci ten numer nie wyszedł! - błyskawicznie wstał z podłogi.

Szarpałam za klamkę nie dopuszczając do świadomości faktu że i tak nie otworzę tych drzwi. Chciałam uciec, zamknąć go i puścić zimne powietrze. Fajnie by mu było, gdybym go potraktowała cholernie zimnym dymem. Boże, o czym ja myślę...

-widzę że nadal nie zrozumiałaś kto tutaj rządzi? - Harry oplótł mój brzuch jednym ramieniem uniemożliwiając mi ucieczkę - dobrze, pokaże ci kto tutaj góruje...

Wrzask pojawił się w moich myślach jak i na ustach, kiedy poczułam wielkie palce Harry'ego pod dolną częścią mojej bielizny. Przygniótł mnie do ściany. Jedną ręką trzymał mnie za brzuch a drugą krzywdził moją kobiecość. Krzywdził, w sensie był brutalny i gwałtowny, co powodowało w moim ciele ból. Łzy napłynęły mi do oczu, kiedy poczułam jak jego dwa palce boleśnie wchodzą w moje wnętrze. Tak cholernie nie chciałam żeby mi to robił!

-Harry przestań, mnie to boli... - wyszeptałam na bezdechu.
-to ma boleć. Masz wiedzieć kto tu rządzi.
-nie uświadomisz mi tego, robiąc mi krzywdę.
-a może jednak? - wsunął we mnie całe dwa palce, ten ból, był bardziej bolesny niż każdy inny do tej pory.
-puść, puść! - krzyczałam w ścianę a on tylko się szyderczo ze mnie śmiał. - jeśli umiałeś uszanować swoją mamę, to uszanuj też mnie! Ja też jestem kobietą...

Jego dłoń momentalnie zniknęła z dolnej partii mojego ciała. Poczułam ulgę. Błysk przeszedł mi przed oczami, kiedy pomyślałam o tym, czemu tak szybko zareagował na moją wypowiedź, w momencie gdy na prośby nie reagował.

-nigdy, nie porónuj się do mojej mamy! Ona była złotą kobietą a ty jesteś gównem. - uh, czy obrażanie mnie musi być na porządku dziennym?
-jesteś podłym bachorem, wiesz? Szkoda mi twojej matki, że musiała wychowywać takiego potwora jak ty! Żadna kobieta nie chciałaby mieć syna który obraża kobiety! Skoro kobieta dała ci życie i cię urodziła, powinieneś mieć szacunek do niej i każdej innej! - miałam dość jego pierdolonych ograniczeń. Zrzuciłam ze swojego brzucha jego ramię, odwróciłam się i mówiłam mu prosto w twarz. Było mi obojętne czy mnie zabije czy nie. Ktoś musiał mu to powiedzieć.
-jakim prawem, ty, moja niewolnica, mówisz mi to? Wydaje ci się że jestem twoim kolegą i możesz tak do mnie mówić?
-a niby w czym ty jesteś lepszy ode mnie, co? Tym że masz jaja? Jesteś męską ciotą? Nie szanujesz kobiet? Bijesz mnie? Masz więcej siły? Śmiało, pochwal się. Z chęcią posłucham.

Jego oczy przybrały odcień ciemnej zieleni, ale było mi obojętne, co mi zrobi. Mógł mnie jedynie uderzyć, lub zabić. Jedno z dwóch.

-jesteś bezczelną suką. - rzucił wkurzony.
-dziękuję, staram się jak mogę. - a ja odpowiedziałam czystym sarkazmem.

Najwidoczniej, miał dość, męczącej konwersacji ze mną, więc wyjął kluczyk ze spodni, otworzył drzwi i ruchem ręki nakazał mi wyjść.

-do rana, nie chcę cię widzieć. - mówił tym samym zimnym tonem. Nie lubiłam tej wersji jego głosu.
-uwierz, nie mam zamiaru oglądać twojej twarzy.

I w tedy, zrozumiałam że mogłam pohamować ostatnie słowa. Nagle zmienił plany, chwytając mnie za włosy i szarpiąc za nie w stronę garażu. Nie miałam pojęcia - po co? Był jednak wściekły bo przy jego koordynacji ruchów, nie miałam szans, nawet na rzucanie się.

Kopnięciem w drewniane drzwi, otworzyło się wejście, a potem zobaczyłam schody do garażu. Wepchnął mnie siłą a potem zatrzasnął za mną drzwi zamykając je kluczem. Zrezygnowałam z walki i powoli zeszłam po schodach w dół. Zginanie nóg, na schodzeniu ze stopnia na stopień bolało, ale co miałam zrobić?

Zeszłam całkowicie na dół. Bieber pozamykał wszystkie możliwe wyjścia i drogi ucieczki. Patrzyłam na okna a dopiero po chwili odwróciłam się żeby zobaczyć resztę pomieszczenia.

Jak boga kocham, myślałam że dostanę zawału. Odwróciłam się a potem mój wzrok momentalnie spadł na podłogę. Ethan wraz z okaleczonym Loganem byli przypięci kajdankami za nadgarstki wysoko nad głową do rur gazowych. Bieber poobijał im twarze i ponadcinał skórę, co można było zobaczyć na plamach. Ich twarze, mokre od płaczu, policzki napuchnięte od łez, i zapewne ból głowy spowodowany krzykiem i błaganiem o litość. Byli pobici. Podbiegłam starając się chociaż odrobinę przytulić każdego z nich.

-będzie dobrze, zobaczycie... - wyszeptałam, czując że po raz kolejny dzisiaj, będę płakać.

1 komentarz: