poniedziałek, 19 maja 2014

Rozdział 17.

Z przerażeniem patrzyłam na gwałtownie unoszące się nademną ciało Harry'ego. Był zbyt silnie zbudowany żebym mogła w jaki kolwiek sposób pomóc samej sobie. Rozwścieczyłam go. Dobrze o tym wiem. W jego głosie był gniew. Spiął mięśnie by swoimi dłońmi rozszarpnąć moje nogi na boki. Nie miałam szans na odwrócenie biegu wydarzeń.

-Harry, błagam, nie rób mi tego! - krzyknęłam z całych sił w płucach zanim poczułam nieziemski ból. Ból który rozerwał w moim ciele to, czego nigdy nie odzyskam. Zacisnęłam powieki i ciężko znosiłam pieczenie, ból i bolesną ranę w psychice która zaczynała się we mnie żłobić. Jedyne co mi zostało to czekać aż poderżnie mi to pierdolone gardło! Boże... dlaczego z nim? Boli...

ETHAN'S POV

Słyszałem ją. Jej bolesny, rozerwany krzyk. Ktoś ją krzywdził. A ja dobrze wiedziałem kto to był. Nie miałem dłużej ochoty pozwalać na to żeby on robił z nią co chce. Wybiegłem przez drzwi zrzucając ze schodów Justina który prawdopodobnie szedł na górę. Biegłem ile sił w nogach. Słyszałem jej coraz głośniejszy krzyk, płacz i lament. Krzywdził ją a ja czułem ogień w dłoniach. Byłem gotowy go zabić.

Wbiegłem po schodach na górę dobiegając do drzwi zza których wydobywał się jej krzyk. Na podłodze stała pusta butelka po piwie. Chwyciłem ją w dłoń i z hukiem otworzyłem drzwi do sypialni Stylesa. Przeraziłem się. Ja. Chłopak.

Harry stał z nożem w jednej dłoni a drugą dłonią szarpał za włosy skuloną przy ścianie, zapłakaną i niemal nagą Megan. Zanim tu wparowałem usłyszałem : ,,zamknij ryj suko!''. Teraz tego pożałuje!

-Ethan!! - Harry nie zwracał nie mnie uwagi mimo jej krzyku w moją stronę.
-przyszedłeś popatrzyć jak zabijam moją niewolnicę? - zadrwił jak palant lekko odwracając głowę w bok.
-nie waż się jej dotknąć!
-ha! Już to zrobiłem. - ponownie zadrwił unosząc gwałtownie nóż.
-Giń ty podła kurwo! - nie wytrzymałem. Cisnąłem szkłem w głowę chłopaka.

Butelka rozprysnęła na setki kawałków. Po czym ciało Stylesa zachwiało się i bezwładnie upadło na podłogę.

VICTORIA'S POV

Wbiegłam po schodach na górę. Do oczu napłynęły mi łzy na widok własnej przyjaciółki z krwią na udach. Wiedziałam co się stało. Siedziała zwinięta w ramionach Ethana. Na podłodze obok, leżał Harry. Nawet nie wiem czy był żywy. Ominęłam go jakby był trupem i podeszłam do Megan całując w policzek.

-za co, kurwa, za co? - szepnęła mi prosto w oczy.
-Meg... ja... przykro mi...

Na moje słowa rozpłakała się jeszcze bardziej. Cholernie bolało mnie to że Harry zabrał jej w tak bestialski sposób cnotę. Jedyną rzecz jaką miała na własność. Każda kobieta ma prawo do wyboru. KAŻDA. Harry będąc świnią jej to odebrał bez jej zgody. Ona go nie kocha. Nigdy go nie kochała.

-Ethan...? - otworzyła niemo oczy spoglądając na drzwi w których przystanął Logan.
-no?
-nie zabijaj go. Tylko męcz. Tak kurwa żeby wiedział co to cierpienie. Za mnie i za ciebie. Masz moje pozwolenie.
-zrobię to.

MEGAN'S POV

Aż do rana czułam w sobie ból który przypominał mi o tym co straciłam. Każde drgnięcie omal nie doprowadzało mnie do płaczu. Nie miałam ochoty na nic. Jedyne czego pragnęłam, to wieczora. Tej pierdolonej godziny 20.00. Czekałam na nią jak na nic innego. Czekałam, bo już nic innego mi nie zostało. Chciałam doczekać tego pięknego momentu. Uwieńczenia moich cierpień. Tego wszystkiego co mi wyrządził.

Nie wiem czy on przeżyje. Nie wiem co Ethan chce mu zrobić. Wiem tylko tyle że chciałabym aby otrzymał kilka konkretnych ran. Pierwszą z nich, chce aby była ciągła świadomość tego że jego matka go nienawidzi za to kim jest i że się nim brzydzi. Drugą z nich byłby fizyczny ból zadawany wszelką formą. Tak jak robił to mnie. Łańcuchem, pięściami, paskiem, czasem i nożem. I chcę bólu psychicznego. Chcę jego strachu. Ogromnego. Takiego który by go przeszywał od dołu do góry. Chcę żeby się bał. Prosił o litość. Płakał. Należy mu się. Nie wiem jak surowo Logan zastosuje się w stosunku do Justina, jednak wiem, że nie będzie szczędził siły.

-Ethan? - zapytałam chłopaka leżącego na łóżku obok mojego.
-no?
-co zrobiliście z Justinem? - zapytałam, bo od wczoraj nie wiem o nim zupełnie niczego.
-nic. I jego i tego skurwiela, po prostu trzymamy w podświadomości, związanych , na podłodze w holu i tyle.
-uh... Czy ty wiesz co chcesz mu zrobić?
-wiem.
-możesz mi powiedzieć? - zapytałam odwracając całe ciało w jego stronę.
-przede wszystkim będzie musiał się oswoić z łańcuchem. W przeciwnym wypadku będzie mu ciężko.
-a Justin?
-nie ma ulgowego. Równe traktowanie.
-...jak długo to potrwa?
-dokładnie 4 tygodnie. Tak długo jak długo my to musieliśmy znosić.
-która godzina? - zapytałam niecierpliwiąc się z każdą minutą.
-16.36 a co?
-niecierpliwię się...

Przewróciłam się na drugi bok. Jeśli mam być szczera, to ułożyłam sobie scenariusz w głowie. Co prawda nie był on odzwierciedleniem tego jak będzie to wyglądało w rzeczywistości ale możliwe że niewiele będzie się różnił od tego co się stanie za 4 godziny.

Jako poszkodowana i cholernie zła, miałam w głowie pewien dość ciekawy scenariusz. Wymyśliłam sobie dwie możliwe sytuacje. Pierwsza z nich będzie gwałtowna. Drugą nazwałam ''przesłuchaniem''. Albo zadziałają gwałtownie albo najpierw będą się z nimi kłócić i wypytywać i przyczynę a potem o kasę.

Nie wiem tylko czy zarówno Ethan jak i Logan myślą o wsadzeniu swoich ''podopiecznych'' razem do piwnicy czy też chcą ich mieć na własność. Tego nie wiem. Boże... jak ten czas się dłuży...

*4 godziny później*

Leżałam nadal na łóżku kiedy zegarek wypstrykał godzinę 20.00 . Niemal spadłam z łóżka na świadomość tego, że nadszedł długo oczekiwany przeze mnie moment. W pokoju byłam jedynie ja i Vickie. Chłopcy dawno zeszli na dół. Słyszałam więcej jak 2 głosy dlatego zakładam że szanowne księżniczki już są trzeźwe. Boże, jak ja się nimi brzydzę...

Usłyszałam odgłos kół podjeżdżających pod dom księżniczek i parkujący tak jak ostatnio, pod naszym oknem. Wysiedli z niego ponownie ci sami mężczyźni. Nie zdziwił mnie fakt że mają przy sobie różnej maści ekwipunek typu śmieszny kij z kuleczką na końcu. Z lekka przypominał bat. Ale po co? Nie wiem.

Prawdopodobnie jeden z chłopaków otworzył drzwi. Coś dziwnie podskoczyło mi w żołądku. Tak jakbym kręciła się karuzelą która w szybkim tempie zmienia kierunek jazdy. Na dole zaczęła się już jakaś rozmowa jakiej nie dosłyszałam się. Zaczęłam być wraz z Vickie jej uczestniczką, dopiero w tedy, gdy zeszłyśmy po schodach na dół. Co za piękny widok.

VICTORIA'S POV

Na twarzy Megan gościł uśmiech od momentu wybicia godziny 20.00 . Dobrze wiem, jak bardzo czekałyśmy na ten moment. Zaraz za nią, zeszłam na dół opierając swoje ciało o barierkę i zakładając ramiona. Spojrzałam na dwa samce alfa w tym domu. Co za paskudne, udające niewiniątko gówno...

-gdzie pieniądze? - zapytał [być może] szef całej, przybyłej ekipy w stronę Justina który jak dziecko miętolił w palcach róg od swojego podkoszulka. Nikt się nie odezwał. Ethan oparł się o komodę z wyższością patrząc na odrębną dwójkę. Ciągle obaj milczeli. Justin ani drgnął. Parę razy rzucił wzrokiem po podłodze i to na tyle. A hrabia Harold? Fascynował się czubkami swoich bosych od wczoraj stóp.
-zapytam inaczej- podszedł o krok bliżej i brakowało 20 cm żeby zetknął się z ciałem Justina - gdzie jest sejf? - oczy obojga nastolatków uniosły się momentalnie w górę.
-nie... nie masz prawa zabrać nam pieniędzy... - szepnął Harry
-co powiedziałeś? Powtórz? - speszony chłopak spuścił wzrok
-że... nie masz prawa zabrać nam pieniędzy... - górujący ciałem mężczyzna, gorzko spoliczkował Harry'ego
-co powiedziałeś? Bo się chyba kurwa, przesłyszałem ?! - uniósł głos na co Harry przyłożył dłoń do policzka i cofnął się o krok - gdzie jest sejf?

Znowu żaden z nich się nie odezwał. Wpatrywałam się raz w ową grupę ludzi, raz w Justina, raz w Harry'ego, raz w Logana a raz Ethana. Co chwilę odwracałam głowę do Megan. Cyrk. A nawet gorzej. Porażka. Głucho nasłuchiwałam szmeru. Nawet ich oddechu nie mogłam usłyszeć. Masakra... Ale no cóż.

Nawet nie zauważyłam momentu w którym któryś z ''pomocników'' [nie umiem ich inaczej nazwać] sięgnął do torby z ekwipunkiem i podał do ręki najwyższemu mężczyźnie owy śmieszny kij z kuleczką przypominający bat. Wystawił owy przedmiot Justinowi tuż przed nos.

-powiedz gdzie jest sejf, albo dowiesz się do czego to służy. - Justin jak porażony wpatrywał się przez chwilę w owy przedmiot. Potem odwrócił na chwilę twarz do Harry'ego który swoim ruchem głowy znacząco zabronił mu powiedzenia o znajdowaniu się skrytego pomieszczenia. Nazwijmy sobie tego gościa Mike. Tak więc on, po raz kolejny odezwał się, ale z tego co pamiętam nie był już tak delikatny - dobra, sami tego chcieliście. Nie chcecie powiedzieć po dobroci, dobrze. Nie ma sprawy. Aaron, podaj mi kajdanki.

Uniosłam brwi. Nie spodziewałam się takiego obrotu akcji ale szczerze powiem że mi się to spodobało. Harry zaplątał się z walające się drobne fotele przez co Ethan szybko go unieruchomił. Justinowi udało się uciec, jednak nie na daleki dystans gdyż już po chwili sztywno przyprowadził go Logan.

Mike rozpinając kajdanki, zakuł je za plecami wyrywających się nastolatków sadzając ich na dwóch osobnych krzesłach. Zaczynało to ciekawie wyglądać. Co dziwne żaden z nich nie wydał z siebie ani słowa protestu. Zupełnie nie rozumiem dlaczego?

Posadzono ich na krzesłach. Przeniosłam się z oparcia o barierki w wygodniejsze miejsce przy kanapie. Dokładnie na przeciwko owych ''niewiniątek'' . Niesamowite.

Mike nakazał dwojgu ze swoich towarzyszy przywiązać ich do oparcia krzesła. Pospiesznie chwycili za sznur. Zdziwiła mnie ich determinacja. Byli małomówni. Bardzo małomówni. Pozwalali sobą manipulować. Na sam koniec Mike zarządził abo każdemu z nich nałożyć opaskę na oczy.

Do momentu w którym mogli patrzeć, zachowywali kamienną twarz. Cichą, bez skrupułów. Byli nieruszeni. Nawet kiedy zasłonięto im oczy. Kiedy Mike zaczął wyczyniając cuda w dłoniach z owym ''batem'' dostrzegłam że owy przedmiot jest dość giętki. Zaczął krążyć wokół nieruchomo usztywnionych ciał dwojga młodych nastolatków.

 

-tak więc, już widać kto tu będzie górą. Panie Styles i Panie Bieber - dotknął końcówką tegoż przedmiotu skóry na szyi Justina i przejechał nim pod samo ucho po czym obszedł jego krzesło i dotarł do krzesła Stylesa, ponownie pocierając końcówką bata o skórę tym razem na ciele Harry'ego, docierając do obojczyków i delikatnie muskając skórę na ramieniu. Widziałam że delikatnie zadrżał. - hm, a może już teraz, lepiej będzie jak dostaniecie miano niewolnika? - pocierał końcówką bata o spięte ramię Harry'ego. - tak... Niewolnik Harry i niewolnik Justin. Brzmi na prawdę nieźle. - lekko machnął palcami a kuleczka delikatnie uderzyła o skórę na ramieniu Harry'ego. Odszedł od niego podchodząc do Justina. Patrzyłam na jego oniemiałe ciało i cerę przybierającą blady odcień. Mike dotknął końcówką bata policzka Justina. - takie ładne twarze... - lekko uderzył batem w policzek Biebera który zadrżał i połknął gwałtownie ślinę. - byłoby szkoda gdybym je teraz potraktował batem. - Justin znów przełknął ślinę a Mike dręczył ich swoim gadaniem dalej. - ale równie dobrze mogę sprawić że mój bat zaprzyjaźni się z waszymi plecami. Może brzuchem, nogami. Ramiona też mogą być. - przejechał Harry'emu końcem bata po ustach - mogę sprawić że całe wasze ciało zaprzyjaźni się z moim batem, jeśli nie powiecie mi gdzie jest sejf?

-nie dowiesz się gdzie trzymamy pieniądze. - Harry stanowczo oznajmił Mike'owi. Dokładnie w tej samej chwili zobaczyłam jak podłużny, cienki, czarny przedmiot z siłą uderza w udo zupełnie niczego nieświadomego chłopaka. Harry jęknął z bólu zaciskając zęby.
-zła odpowiedź.

Podszedł bliżej do Justina. I kładąc bat na jego ramieniu, uświadomił go, gdzie wymierzy cios jeśli nie usłyszy tego co zechce.
-gdzie jest sejf?
-Justin nie mów mu. - Harry ponownie zaprotestował po czym Mike po raz kolejny z rozmachu wymierzył cios batem w jego drugą nogę. Chłopak zacisnął wargi.
-no, to gdzie on jest?
-nie mogę ci powiedzieć.
-dlaczego?
-to wszystko co mamy a ty nie masz prawa nam tego zabrać. - Mike wyraźnie zmarszczył brwi. Uniósł bat i ze świstem powietrza uderzył w ramię Justina który jęknął jak małe dziecko po czym usiłował przysunąć policzek do obolałego miejsca.
-dobra, to nic nie da. Daję wam jeszcze jedną szansę. Jeśli żaden z was mi nie odpowie na moje proste pytanie, będę was chłostać tak długo aż mi któryś powie a potem rozwalę wam ten zasrany dom i sam go znajdę.

Usłyszałam ciężki oddech Harry'ego. Podoba mi się ten szantaż.

-tak więc, pytam was po raz ostatni : gdzie jest sejf? - tak jak to przewidziałam nastała cisza. Justin spuścił głowę w dół. Wiedział. Oni obaj wiedzieli. Co w tym sejfie było takiego cennego? Kasa? Czy coś więcej?

Mike, zdenerwowany czekaniem które zdawało się nie mieć końca, zaczął bezlitośnie chłostać raz po razie każdego z nich. Raz bił po nagach, raz po brzuchu albo i po ramionach. Słyszałam zduszone jęki. Mike nie oszczędzał siły. Bił po kolei każdego z nich. Czekał aż któryś wymięknie. Robił to ze sporym wkładem siły bo zauważyłam rozdarty kawałek podkoszulka u Justina.

-dobra, jak nie tak, to innym sposobem.

Nakazał aby ich oderwano od krzeseł. Nie za bardzo wiedziałam po co, ale szybko się zorientowałam. Ethan wraz z Loganem, czując niemałą satysfakcję, przytrzymywali nieruchomo ramiona chłopaków których siłą Mike sprowadził na kolana. Nie fatygował się ze zdjęciem im koszulek. Zaczął boleśnie chłostać ich plecy. Teraz słyszałam już głośniejsze jęki przepełnione większym bólem.

Słyszałam ich zduszone oddechy i powstrzymywane krzyki. Mike nie oszczędzał siły, dlatego w końcu Justin wymiękł jęcząc jak dziecko:

-na piętrze... w sypialni, po lewo... za obrazem... przestań już...

Nie słyszałam jeszcze tak dziecięcego głosu Justina, dlatego muszę przyznać że brzmiał istotnie jak małe dziecko.

Mike poszedł na górę. Nie było go z dobre 20 minut kiedy wrócił z torbą pełną pieniędzy. Zakładam że oskubał ich z całej kasy jaką mieli. I to dosłownie. Dopiero kiedy wrócił pozwolił aby postawić ich na równe nogi i zdjąć im opaski z oczu.

-grzeczni chłopcy. Widzicie jak ładnie się dogadujemy? - zadrwił z nich. - a teraz druga sprawa. Wczoraj mówiłem wam o rolach w tym domu. Oni przeżyli, więc chyba dobrze wiecie z czym się to wiąże?
-spierdalaj. - Justin zmarszczył brwi po czym Mike go spoliczkował
-stul pysk, szczeniaku.
-nie mam zamiaru oddać się w ręce niedorostków którzy sami są moimi niewolnikami! - Justin krzyczał zbulwersowany
-trudno. Tak sobie wybrali i nie masz prawa teraz go zmienić.
-to co mam zrobić?! Dać się chłostać za byle gówno ?!
-najwidoczniej.

Patrzyłam na ich wstrząśnięte i zdenerwowane twarze które nie dopuszczały do wiadomości że teraz role się zamieniają. A mnie się to w chuj podobało. Jednak najlepszą rzeczą i tak był fakt że za moment będę świadkiem uwieńczenia mojego czekania.

-to niby co my mamy teraz robić?! - krzyknął zły Harry
-poddać się i słuchać swoich Właścicieli.
-WŁAŚCICIELI ?!  Że niby kurwa kogo?!
-Ethan. Logan. Megan. I Victoria.
-chyba by mnie do reszty pojebało...
-no to widzisz. Od tej pory, to oni mają prawo robić z wami co tam tylko chcą.

Harry nie mógł ciągle doprowadzić do świadomości faktu że teraz to nie on jest Panem swojego niewolnika, tylko Jego Niewolnik jest teraz JEGO Panem. Na jego twarzy była narysowana wyraźną linią pogarda i złość.

-jaka szkoda że nie pozdychaliście tej zasranej nocy... - wymruczał piekielnie zły.
-life is brutal. - rzuciła ironicznie Megan zarzucając luźno puszczonymi włosami i wymijając Harry'ego.

Justin stał i gapił się w sufit zapewne przeklinając ten dzień. Ja tam jednak czułam satysfakcję. Najlepszy cyrk zaczął się jednak w momencie kiedy Mike i reszta postanowili nas zostawić ''SAMYCH'' . Kiedy wyszli chłopcy stali nieruchomo. Zadziwił mnie fakt, jak szybko ból na plecach mógł przerodzić się w złość. Harry poruszył szczęką dając wszystkim do zrozumienia że jest zły.

Co prawda nie powinno mnie to bawić, ale dość zabawny był moment, w którym powinna być totalna spina, a Megan sprawił że o mały włos nie wybuchłam śmiechem. Harry ciągle piekielnie zły na cały świat, w końcu postanowił łaskawie podnieść oczy do góry co dało skutek zetknięciu się jego wzroku z wzrokiem Megan. Ta sytuacja nie byłaby zabawna o ile Megan nie uniosła by ironicznie jeden brwi do góry.

-co się tak na mnie patrzysz?
-przymknij się.
-nie zabronisz mi mówić. Co najwyżej ja mogę zabronić tobie.
-żarty sobie ze mnie stroisz?
-sorry babe, nie ty jesteś od zadawania pytań a już na pewno nie od tego żeby mi pyskować. - Arogancko uśmiechnęła się rzucając mu ironiczne spojrzenie, co wprawiło go w jeszcze większą złość.
-za kogo ty się gówniaro masz?

Megan nie musiała odpowiadać. Ethan sprowadził go na ziemię bijąc siarczyście w tył głowy. Harry'ego to rozgniewało dlatego rzucił się na Ethana mimo rąk spiętych za plecami. Ethan jednak mając szybką drogę dostępu, powalił go na ziemię kładąc na brzuchu. Justin wyrwał jak torpeda, i zaczął kopać Ethana po plecach na Logan zareagował natychmiastowym dociśnięciem go do ściany.

-nie macie prawa nas dotknąć! - syknął wściekły Justin
-o? A od kiedy to?! - Logan wygiął Justinowi ramiona w tył
-Puszczaj mnie!
-Zamknij się - Logan z uśmiecham na twarzy szarpnął za włosy Justina wyginając mu głowę w tył.
-Ethan złaź ze mnie! - Harry rzucał się na prawo i lewo a Ethan z aroganckim uśmiechem cały czas dawał mu klapsy. W istocie.. zabawnie to wyglądało.
-dobra suczki, nie ma tak dobrze! Wypadałoby założyć obrożę! - Ethan również szarpnął Harry'ego za włosy odchylając jego głowę do tyłu i wyciągając z szafki typową obrożę, zakładając mu ciasno na szyję po czym drugą podał Loganowi.



-Jesteś nienormalny! - rzucał się Justin wrzeszcząc na Logana
-morda suczko. Teraz jesteś podwładny. I lepiej żebyś się słuchał.



*********************************************************************

Hej wszystkim !!! Tak, dzisiaj dłuższy post niż zwykle ale miało to konkretny cel. Ostatnio nie mam zbyt wiele czasu dlatego postanowiłam że będą posty dodawane co poniedziałek takiej długości jak dzisiaj. Mam nadzieję że podobał się wam post ;3 Jeśli przeczytaliście a się wam podoba, proszę napiszcie krótkiego komentarza xxx

piątek, 9 maja 2014

Rozdział 16.

Zamknęłam oczy. Chciałam się delektować chwilą w której mogę po raz ostatni bezkarnie stać przy oknie, przytulać przyjaciółkę i czuć zapach powietrza jakie roznosiło się wraz z nadchodzącym wieczorem. Przerażał mnie fakt, jak cholernie byłam bezbronna wobec sytuacji. Jeśli ucieknę, to mnie na pewno ktoś znajdzie i prawdopodobnie umrę w katuszach. Jeśli jednak zostanę, mogę ale nie muszę umierać. Jeśli jednak mój koniec pisany jest na dzień dzisiejszy, to... cóż. Może uda mi się umrzeć śmiercią szybką?

Boże, o czym ja myślę... Puściłam jej drżące i ciepłe ciało. Patrzyła na mnie takimi oczami, jakimi patrzyła na mnie od zawsze. Takimi dużymi i pełnymi czegoś co ja zawsze odbierałam jako spokojne zrozumienie tego co właśnie zrobiłam. Tak jakby mówiła w głowie : ,,jesteś głupia, ale i tak cię kocham''. Tak patrzyła na mnie i teraz. Wiedziałam że się boi, ale że od zawsze była optymistą nie mogła pozwolić bym zobaczyła strach na jej twarzy. To po prostu moja przyjaciółka.

-słuchajcie, są dwie opcje na przetrwanie sytuacji. - Ethan nachylił się do nas, co zrobiliśmy również i my tworząc koło. - albo weźmiemy i ich gdzieś przytrzymamy do jutrzejszego wieczora albo się wymkniemy i uciekniemy. Co robimy?

Spojrzałam najpierw na Megan. Wydawało mi się że sądziła o ucieczce to samo co ja.

-proponuję ich przytrzymać w jakimś miejscu. To najlepszy sposób na rozwiązanie sytuacji.
-w takim razie od czego zaczynamy, co nam będzie potrzebne, kiedy zaczynamy i gdzie ich wsadzimy?
-pamiętaj że nie mogą wiedzieć o tym że ich przetrzymujemy! - Logan nas wyprzedził
-czemu?
-jeśli jutro powiedzą, że ich siłą przytrzymaliśmy to możemy za to oberwać.
-w sumie racja...
-no to może zróbmy tak jak kiedyś z tymi butelkami?
-chcesz ich?
-chcę żeby zemdleli.
-dobra, to od czego zaczynamy?
-no, na pewno nie możemy działać w grupie.
-dobra potrzebny nam plan.

Ethan wyjął spod łóżka notes i ołówek. Wyrwał jedną kartkę i położył na podłodze. Zaczęliśmy się zastanawiać co nam będzie potrzebne, kto co będzie robił i gdzie ich zamkniemy? Tak więc po naradzie doszliśmy do wniosku iż:

1. Zamkniemy ich w piwnicy i będziemy się starali się przytrzymać ich w omdleniu aż do 19. Potem, zanim się obudzą wystawimy ich na korytarz tak aby myśleli że zemdleli poprzez upadek.
2. Ja zejdę do piwnicy tak by nikt mnie nie zobaczył i po cichu nieco odkręcę zawór z parą przez co w piwnicy znacznie się ochłodzi.
3. Megan będzie udawać że nie wie zupełnie o niczym, zejdzie na dół i będzie się tam kręcić a na samym końcu powie że idzie posprzątać na górze w sypialni. Tam wyjmie spod łóżka kajdanki które Styles od zawsze tam trzyma i potajemnie przyniesie je na górę.
4. Kiedy Megan wróci a ja odkręcę zawór Ethan wraz z Loganem zejdą na dół i pójdą w stronę drugiej części domu, gubiąc chłopaków w jednym z korytarzy by potem z zaskoczenia palnąć ich szkłem bądź czymś twardym.
5. Na samym końcu chłopcy zabiorą ich do piwnicy a tam już naszą rolą będzie dokładne zakłucie im kostek i nadgarstków. Pilnować będziemy co 4 godziny. Na zmianę bądź wszyscy razem.

-sądzę że to wypali. - Ethan mlasnął zadowolony wargami.
-ta, no to wypadałoby zacząć działać, nie?
-chyba tak.
-Vickie, ty pierwsza.
-...uh... okay.
-tylko pamiętaj żeby nikt cię nie zauważył.
-postaram się...

Otworzyłam drzwi niemal bezszelestnie. W holu nie było nikogo. Świecił się telewizor i słyszałam głosy chłopaków. Oznaczało to że są na dole.

Mając sporą nadzieję jak i ''koci'' refleks ześlizgnęłam się bezszelestnie po schodach wymykając się w stronę piwnicy. Powoli stąpałam na palcach żeby moje ostatnie kroki przypadkiem mnie nie wydały.

Kiedy odeszłam wystarczająco daleko otworzyłam metalową klapę w ścianie odsłaniając dziesiątki guziczków i jeden dość spory czerwony zawór. Uśmiechnęłam się sama do siebie. Chwyciłam za niego i mocno przekręciłam. Nieco przyrdzewiał więc wymagało to użycia siły z mojej strony. Lekko odkręciłam pokrętło i domknęłam klapę. Podeszłam do drzwi od piwnicy by przez kratki zobaczyć czy z rury wydobywa się gaz. Owszem, udało się. Kolejnym zadaniem był powrót na górę.

MEGAN'S POV

Stresowałam się, nie powiem. Ode mnie zależała 1/4 część zadania. Kiedy drzwi od naszego pokoju powoli się otwarły, zobaczyłam uśmiechniętą Victorię. Chyba się jej udało...

-no mała, teraz twoja kolej. - Ethan przyjaźnie poklepał mnie po ramieniu.
-uh, a jak mi nie wyjdzie?
-to przyspieszymy akcję i też się uda. Spokojnie, będzie dobrze. Idź.

Wyszłam tym razem normalnie. Nie jak Vickie. Normalnie. Tak by to słyszeli. Zeszłam po schodach i doszłam do lodówki. Jedynie Styles zwrócił na mnie uwagę odwracając głowę na chwilę w moją stronę. Wyjęłam ser, wędlinę, 2 kromki chleba i starałam się robić atmosferę jakbym nie wiedziała zupełnie o niczym. Potem dołożyłam kolejne dwie kromki i robiąc w sumie 4 ułożyłam na talerzu, i zaczęłam wchodzić po schodach. Zrobiłam wrażenie że przygotowałam nam kolację. Nie było tego w planie ale ok.

Zaniosłam talerz na górę i odczekałam jakieś 5 minut. Zjedliśmy, bo szkoda byłoby zmarnować, zabrałam talerz i mając w głowie plan - zeszłam na dół. Odłożyłam talerz do zmywarki i jak gdyby nigdy nic, cicho, nic nie mówiąc, ruszyłam w stronę sypialni, starając się na wszystkie możliwe sposoby, robić wrażenie że idę do łazienki.

Cicho obeszłam drzwi od toalety i podreptałam na górę. Tak szybko i cicho zarazem dobiegłam do sypialni i zaczęłam szukać kajdanek. Przyklękłam zaglądając pod łóżko. Kurwa. Nie ma. Styles musiał je gdzieś przełożyć! Cholera... gdzie mam szukać tych zasranych kajdanek?!

-szukasz może tego? - nagle moje serce przystanęło. Odwróciłam się i zobaczyłam w drzwiach Harry'ego wymachującego w dłoni kajdankami których szukałam. Poczułam że grunt mi się usuwa spod nóg.
-j-ja, nie...
-czego tu szukasz? - domknął drzwi. Poczułam się zagrożona.
-ja... już miałam wyjść. - wstałam szybko podbiegając do drzwi i usiłując jak najszybciej wyminąć Stylesa.
-dokąd to?! - chwycił za moje włosy i szarpnął do tyłu.
-puść, ja już wychodzę! - pisnęłam przerażona nagłym ruchem
-nigdzie nie wychodzisz. Już nigdy stąd nie wyjdziesz.

Szarpnął za moje włosy rzucając mnie na łóżko. Poczułam że strach ściska mnie w dołku. Chciałam go złapać a sama stałam się jego ofiarą. Leżałam na brzuchu. Harry usiadł na moich pośladkach jedną ręką ściskając moje nadgarstki za plecami a drugą dociskał moją głowę w materac. Zaczęłam krzyczeć.

-zamknij się dziwko! - Odwrócił mnie policzkując.
-co ty chcesz mi zrobić!? - pisnęłam przerażona, kiedy zobaczyłam jak odsłania swoje ciało zdejmując podkoszulek a potem rozpinając pasek od spodni.
-zrobić sobie przyjemność. Potem poderżnę ci gardło. - syknął ponownie odwracając mnie na brzuch i noże m rozrywając moje spodenki a potem bieliznę.
-Harry nie rób tego! - w moich żyłach krew płynęła osiem razy szybciej. Z każdym jego drgnięciem czułam że jestem już martwa. Moje ciało się buntowało. Chciałam uciec. Krzyczałam, błagałam żeby nie robił mi krzywdy ale nie słuchał.
-szukałaś kajdanek, teraz ich na tobie użyję - wyciągnął moje ręce wysoko i przypiął kajdankami do ramy łóżka. Poczułam że za chwilę stracę coś czego nigdy w życiu nie odzyskam. Stracę to z kimś kogo nie kocham, z kimś kto mnie w tym momencie krzywdzi i dobrze o tym wie. Czuję wewnętrzny ból...

Odwrócił mnie po raz ostatni wyciągając moje nogi wysoko do góry a potem rozchylając je na boki. Nie chciałam na to patrzeć. Nie na to jak ten chuj zabiera mi coś czego nie miałam zamiaru mu ofiarować.
-Harry, proszę, nie rób mi tego... - wyjęłczałam zalewając policzki kolejnymi strugami ciepłych łez.

Jego dłonie krążyły po całym moim ciele. Bezczelnie dotykały biustu, ściskały, gładziły moją skórę w momencie kiedy czułam do niego odrazę. Był paskudny jak dla mnie. Jego górująca nade mną figura była jedynie cząstką niego. Czułam jak ściska swoimi palcami moje pośladki. Pisnęłam.

Poczułam jego usta na swojej szyi. Tak cholernie nie chciałam żeby to robił! Nie mnie! Boże...
-Harry... nie rób mi tego...
-niby czemu miałbym tego nie robić? - nachylił się nade mną odrywając swoje wargi od mojej skóry po czym szorstko przejechał kciukiem po mojej kobiecości. - jesteś słaba, naga, przykuta do łóżka a przede wszystkim MOJA. Powinnaś mnie zadowalać.
-nie chcę z tobą seksu! Nie rozumiesz!? Nie kocham cię i nie chcę tego!
-a jeśli pokażę ci to? - wyjął spod łóżka nóż i przyłożył mi do gardła. Serce we mnie stanęło.
-dalej będziesz się opierać czy się zamkniesz i zrobisz mi dobrze? - jego arogancka twarz nachyliła się ku mojej szepcząc mi do ucha...
-jesteś pierdoloną cipą Styles! - splunęłam na jego policzek. Spojrzał na mnie oczami w odcieniu szmaragdu po czym zmarszczył brwi.
-dobra suko, sama tego chciałaś !!!

środa, 30 kwietnia 2014

Rozdział 15.

Na tamtą chwilę moje życie zatrzymało się w miejscu. Nie byłam w stanie określić skutków i konsekwencji tego czego oni od nas oczekują. Byłam zbyt sparaliżowana żeby wymierzyć cios. Poza tym nie mogłam tak po prostu go wychłostać... usłyszałam głos Megan.

-nie zrobię tego!
-Megan, nie wkurwiaj mnie tylko rób co ci każę! - w jej oczach zobaczyłam wściekłość. Sama czułam coś podobnego. Ale czy byłam zła? Chyba nie. Justin nie prowokował mnie do złości. Czekał jedynie.
-pierdol się, ja nie będę na tobie używać łańcucha! - Megan rzuciła kawałkiem metalu o podłogę który odbił się z hukiem. Sama również wypuściłam owy kawałek łańcucha. - a wy się kurwa ogarnijcie! - odwróciła się krzycząc w stronę Ethana z Loganem.

Chwyciła za mój rękaw. Poczłapałam za nią po schodach na górę. Czułam się dość dziwnie z faktem że miałabym go tak nagle wychłostać. Na dodatek nie byłaby to MOJA zachcianka. Nie odwracałam się w stronę męskiego członkostwa w tym domu. Po prostu wyszłam po schodach i domknęłam drzwi.

-co za idioci... - Meg runęła na łóżko. Przez przypadek otarła o nadgarstek i nawiązał się kolejny temat. - po jaką cholerę potrzebny mi ten durny kod, weź mi to wytłumacz?!
-nie wiem... może po prostu Justin i Harry nie chcą stracić stanu i wypieczętowali nam to żeby odznaczyć swoją wyższość?
-... jaśniej proszę.
-dobra, nie tłumaczę ci bo na serio nie wiem...

Drzwi otwarły się a wnich pojawiły się dwie sylwetki znane nam na codzień. Logan z Ethanem.

-co wam jebło? - zapytałam nie mogąc uwierzyć w to, że oni są cały czas na maksa wyluzowani...
-nic. To było spontaniczne. - Logan uśmiechnął się arogancko.
-to nie było śmieszne. Dla żadnej z nas...
-oj Megan, nie marudź. Mogłaś mu walnąć parę razy, zdechnąłby i byłoby po sprawie a tak to musimy się z nimi obchodzić jeszcze dwa dni.
-przepraszam bardzo, mam rozumieć że to moja wina?
-a niby czyja?
-Ethan, czy ty się słyszysz?! - Megan oburzona słowami Ethana wstała na równe nogi rozkładając dłonie na boki - moją winą jest to że mam słabą psychikę i nie chciałam uderzyć go?!
-tak? To jestem bardzo ciekawy jak ty sobie wyobrażasz swoje życie za te pieprzone dwa dni, skoro ty się boisz nawet jebnąć go łańcuchem w kark!

Zgasił nas. Ją i też mnie. Mimo że się nie odzywałam. On miał rację. Nie poradzimy sobie jeśli znowu ogarnie nas strach przed poskromieniem im skóry.

Megan usiadła na jej dawne miejsce załamując bezsilnie dłonie. Ta bezradność wobec sytuacji była jak piorun który nas wszystkich poraził. A w szczególności nas dwie. Totalna porażka... Absolutnie nie miałam pojęcia jak niby miałabym sobie poradzić. To miało być NOWE, LEPSZE życie... ale czy tak będzie?

Cały dzień aż do wieczora wlókł się w niemiłosiernym napięciu. Jednak tego dnia ani Harry, ani Justin nie żądali od nas zupełnie niczego. Co było dziwne. Siedzieliśmy cały czas na górze. Czasem ktoś schodził po coś do jedzenia ewentualnie do łazienki. Wydawałoby się że dzień przewinął nam się w nudny sposób. Cóż, nic bardziej mylnego.

To, że chłopcy nas nie wołali nie oznacza że nie działo się nic ciekawego. Otóż gdzieś tak w granicach godzin późnego popołudnia, podwórko naszego ''PAŁACU'' odwiedził samochód. Ale nie byle jaki samochód. Dokładnie ten sam którego wiedzieliśmy przedwczoraj rano. Byli tam też ci sami ludzie. A że zaparkowali dokładnie tuż pod naszym, wpół otwartym oknem, to mieliśmy okazję co nieco zobaczyć jak i podsłuchać.

Co prawda całość trwała krótko, jednak była to część nad podziw interesująca. Co bynajmniej jak dla kogoś kto cały dzień zamula w pokoju. Otóż Justin i Harry wyszli naprzeciw czwórki ludzi. Trzech białych i jeden Afroamerykanin. Wedle mojego postrzegania sytuacji, Justin i Harry byli tam najmłodsi a co bynajmniej rysy twarzy i budowy ciał tamtych mężczyzn wydawały się być o wiele mocniejsze i wyraźniejsze od ciał chłopaków które przy nich robiły wrażenie kruchych.

Postawy Stylesa i Biebera były dość niepewne ale maskowane przez udawane luzackie gesty typu dłonie w kieszeniach. Nie zauważyli nas w oknie więc mogliśmy bezkarnie podglądać i podsłuchiwać. Uciszyliśmy się.

-gdzie hajs? - zapytał najwyższy mężczyzna.
-nie mamy.
-że słucham?
-nie mamy, oni się nie zgodzili.
-mądre dzieciaki, nie ma co. - zaśmiał się arogancko na co Justin PRAWDOPODOBNIE zmarszczył brwi. - no co się krzywisz? Jedni mądrzy się wam trafili i już trzeba być przegranym, co? - drwił z nich. Spoko koleś, na serio spoko.
-przestań, gdyby to od nas zależało to skończyli by tak samo jak cała reszta.
-więc w czym problem? - ciągle z nich drwił
-po pierwsze, nie zgodzili się, po drugie, Clarise nie żyje.
-jak to nie żyje?! - owy mężczyzna nagle uniósł się całym swoim ciałem rozkładając szeroko barki. Wyjęli dłonie z kieszeni i cofnęli się o krok. - co wyście z nią zrobili gówniarze?!
-no... o-ona... - Harry próbował się wytłumaczyć jednak owy mężczyzna wpadł do domu i usłyszałam trzask drzwi. Szybko otwarliśmy kawałek naszych drzwi żeby chociaż coś usłyszeć. Słyszeliśmy jego motaninę a potem wrzask przepełniony złością. Do naszych uszy dobiegł dźwięk kroków. Domknęliśmy drzwi i wróciliśmy pod okno.

Zobaczyłam tamtych mężczyzn którzy domknęli drzwi od samochodu i założyli ramiona. Wysoki mężczyzna powrócił dobiegając do chłopaków. Z tego co widziałam na własne oczy, byli przerażeni.

-co wy z nią zrobiliście?! - chłopcy spojrzeli jeden na drugiego nie wiedząc co mają powiedzieć - no kurwa gadaj!!! - chwycił Harry'ego za podkoszulek
-ona wylazła z klatki i chciała nas pozabijać, co innego mieliśmy zrobić?! - Justin szybko krzyknął wyrywając Harry'ego z uścisku mężczyzny.
-zabiliście postrach tego domu, co wy teraz macie zamiar zrobić z tymi bachorami?!
-przecież sami wybrali że chcą górować więc jak możemy ich pozabijać?!
-słuchaj, mam zamiar dostać od was te pierdolone pieniądze! I nie obchodzi mnie co z nimi zrobicie!
-ale co my mamy z nimi zrobić...? - Harry opadł bezsilnie na kolana
-albo wy zabijecie ich, albo oni zabiją was. Jutro dokładnie o 20.00 mija wasz termin. Jeśli oni nie będą martwi, to sam będę wydawał im komendy, żebyście zdechli! - wsiadł do samochodu - a pieniądze i tak wam zabiorę! - odjechali...

Nie wiedziałam na kogo patrzeć i co myśleć. Najpierw zilustrowałam chłopaków. Justin podniósł Harry'ego za ramię. Stali dosyć długo w bezruchu. Potem spojrzałam na Megan. W jej oczach utkwiły jeszcze nie wylane łzy. Opadła na moje ramię i zaczęła płakać. Przytuliłam ją, wiedząc że jeśli Harry i Justin posuną się do morderstw na naszej czwórce, zginiemy w przeciągu 24 godzin. Ta myśl mnie przeraziła. A jeszcze większy strach poczułam na ciele, kiedy usłyszałam że weszli do domu i pozamykali drzwi. Odczułam wrażenie że jestem w więzieniu. Miejscu z którym zwiąże się mój koniec i fakt że nie mogę stąd uciec...

środa, 23 kwietnia 2014

Rozdział 14.

Obudziłam się z bólem w łydkach. Nadciągnęłam mięśnie. Ciepła kołdra otulała moje ciało, a przez okno wpadały ledwo widoczne przez chmury promienie światła. Pogoda była zaiste paskudna. Ciemnoszare bałwany sunęły po niebie a wiatr nieprzyjemnie huczał po pustej przestrzeni w drugiej części domu. A nawiązując, od wczoraj nie ma z ''NAMI'' Clarise ''Mavis'', ale wciąż czuję się tak, jakby ona gdzieś tu była. Jej wczorajsze ostatnie słowa dały się we znaki na mojej psychice.

Podniosłam się na łokciach. Wszyscy spali. Nie zważając na to która godzina, zatopiłam twarz w miękkiej poduszce i spokojnie rozłożyłam spięte nogi wzdłuż łóżka. Byłam lekko zaspana. Czułam nieprzyjemne zmęczenie na powiekach ze względu na to że wczoraj męczyłam się z uśpieniem samej siebie jeszcze dobre pół godziny. Za ten czas usłyszałam dużo biadolenia chłopaków na temat najbliższych planów co do zamiarów na tle Justina i Harry'ego. Uważam że ich cele jak i zamiary wykluczały się nawzajem i nie trzymały kupy. Zupełnie. Były masą kłębiących się pomysłów nachodzących jeden na drugi. Z tego co sama zauważyłam, jeśli jeden był trafny to drugi już go zupełnie paśćił lub zupełnie nie pasował do reszty. Pozatym wydawało mi się że wymieniane przez nich ''na głos'' pomysły, były jedynie częścią zamiarów jakie trzymali cicho w głowach. Tak w zasadzie to było to bardziej wzajemne wymienianie się nienawiścią do właścicieli tego domu i tak zwane ''gdybanie''. ''Gdybym mógł mu teraz... '' albo ''jakbym miał możliwość to bym już dawno go... '' itp, itd.

Dobrze wiedziałam że są pełni złości i entuzjazmu aby coś w końcu móc zrobić. Byli gorąco napaleni na działanie w zakresie kary. Cóż, nie dziwię się. Jednak zastanawia mnie : co tak na prawdę zamierzają zrobić? I, czy ja aby napewno będę na tyle silna psychicznie żeby go karać? ...

No, fizycznie, może jeszcze, gorzej z psychiką. Zawsze mam z nią problem. We własnej głowie widzę się jako nieugięte Macho, ale tak w głębi siebie nie jestem zbyt silna. Psychicznie rzecz jasna. Fizycznie, całkiem nieźle. Cóż, jednak wydaje mi się że kwestia odwetu za te durne 3 tygodnie sprawi że moja psychika nie wywinie mi psikusa i pozwoli na dobrowolne uniesienie ręki. Chciałabym. Owszem, brutalne, nie powiem że nie, ale chciałabym. To byłby zaiste jeden z najciekawszych, najwspanialszych i zapewne najbardziej emocjonujących widowisk dokonanych przez moją osobę.

Ale jest też druga strona medalu. Dobra, rozumiem że dostaniemy - oczywiście o ile Justin i Harry uszanują nasz wybór - władzę nad nimi, to co z tego? Okay, władza absolutna itp. , ale co mi z tego skoro tak czy siak nie będę mogła wrócić do domu? Co mi z satysfakcji karania kogoś skoro dalej będę musiała przeżywać rozłąkę z rodziną? Zabrali mi nawet telefon...

Nie jestem przygotowana. W zasadzie nie wiem czy ten trzeci dzień mija jutro czy pojutrze? Nie wiem. Jestem rozkojarzona i w zasadzie czekam jedynie na jego przyjście. Głupie ale to prawda.

Leżąc wygodnie w pokoju, który zamiast być Logana, stał się naszym wspólnym i gapiłam się w monotonnie białe ściany. Pokój jak pokój. Odstawał wyglądem od reszty domu. No, a co bynajmniej pierwszej jego części. Odstawał od reszty, tak jak cała nasza czwórka.

Usłyszałam ciche kroki na schodach. Zakładam że których z naszych owych ''WŁAŚCICIELI'' tu idzie. Ciężko było sprecyzować kto dokładnie ale ktoś szedł. Szedł, szedł i przystanął tuż przy naszych drzwiach pukając placem 3 razy.

-proszę? - powiedziałam zdezorientowana kulturalnym zachowaniem owej osoby. Po otwarciu drzwi, na prawdę doznałam niesamowitego zdziwienia.
-czy wy wszyscy należycie do tych dwóch młodych mężczyzn na dole? - mężczyzna w garniturze sprawił swoim tonem głosu że reszta szybko się wybudziła. Nie wiedziałam kto to ale zdziwiła mnie jego obecność...
-chodzi o Justina i Harry'ego?
-sądziłem że dla was jest to Pan Justin i Pan Harry. Mylę się? - oczywiście. Realista. Super.
-tak, przejęzyczenie.
-w takim razie jesteście proszeni wszyscy na dół.
-a może chociaż 15 minut na przebranie się w inne ciuchy niż piżama?
-równo 15 minut.

Zamknął drzwi. Rzuciłam wszystkim spojrzenie typu : ,, że co, kurde?'' Ale cóż. 15 minut to 15 minut i nie więcej. Czułam jakby to mówił Justin... Ubrałam się w pospolicie mówiąc, świeże ciuchy i powoli, ostrożnie, wraz z całą resztą zeszłam po schodach na dół.

Stał tam ten śmieszny człowieczek który był u nas chwilę temu. Gościu był na prawdę debilnie ubrany. Garnitur nie pasował do jego masy ciała i wzrostu. Był za duży... Ale oprócz niego stało również 3 innych mężczyzn no i oczywiście Harry z Justinem. Wielmożni Panowie tego domu. Chryste...

-zważając na to że papiery wykazują waszą przynależność do właścicieli tego domu - zaczął ten śmieszny człowiek. A, niech się nazywa Ron. - zostaliśmy poproszeni o upieczętowanie waszej przynależności.
-n-nie rozumiem? - wydukała z siebie Megan unosząc jedną brew w górę.
-bardzo proszę, podejdźcie i podstawcie nadgarstki.

Ron, zaczął szukać czegoś w czarnej walizce. Wyjął z niej, coś co przypominało stępel. Ułożył na nim jakieś pojedyncze znaczki i nakazał aby każdy z nas podstawił nadgarstek. Cóż, byłam pierwsza w kolejności...

Chwycił za mój nadgarstek i z rozmachu cisnął stęplem w moją skórę. Poczułam pieczenie które zamieniało się z każdą sekundą w coś boleśniejszego. W końcu oderwał ode mnie owy przedmiot. Na mojej skórze na której opórcz zaczerwienienia widniał czarny napis. Przetarłam po nim palcami.
1. Cholernie zabolało.
2. To nie chciało się rozmyć!

-co to jest?!
-oznaczenie.
-a co ja to jestem?! Może mi jeszcze kod kreskowy zrobicie ?! - niedowierzałam temu co widziałam.

Na mojej jasnej skórze widniał tatuaż... paskudny tatuaż... cholera jasna! Co to za napis?

'' Właściciele: Justin Drew Bieber & Harry Edward Styles. Niewolnica Victoria Tooker. Nr. 158''

Co - to - kurwa - ma - być - ?! Rozumiem że nie mam żadnego pierdolonego znaczenia w tym domu ale to już przesada!!!

*   *   *

-na jaką cholerę mi to?! - Ethan krzyczał zaraz po tym jak nieproszeni goście wyszli.
-nie rzucaj się. To ma ci przypominać do kogo tu należysz. - Harry prychnął śmiechem. Co za...
-jesteście nienormalni !!!
-hamuj słowa dziecko drogie. Możesz żałować.
-czego mam żałować? - Ethan drwił z każdego słowa wypowiedzianego przez Stylesa. Wiedziałam że to skończy się albo kłótnią albo szarpaniną - tego że za chwilę mi przyłożysz a za dwa dni ja oddam ci 8 razy mocniej?! Tego mam żałować?! Nigdy! Jak chcesz wiedzieć, to czekam na to z niecierpliwością!

Harry'emu pociemniały tęczówki. Chwyciłam Megan za łokieć ciągnąc ją do tyłu. Styles wstał z fotela i powolnym krokiem zmierzał w stronę Ethana stojącego twardo w ziemi. Logan stanął naprzeciw Ethanowi zagradzając drogę, na co automatycznie zareagował Justin. Oni na siebie działają jak... ciężko to opisać, ale pałają do siebie wzajemną nienawiścią.

Widziałam ich twarze zwrócone przeciwko sobie. Dobrze wiedziałam że teraz dla Ethana nie liczy się ból. On wiedział że po jutrze to on będzie górował i już nic go nie obchodziło.

-będziecie udawać idiotów czy w końcu pogodzicie się z tym że jesteśmy nad wami górą? - zadrwił Justin
-jesteś bezczelnym fiutem. Po prostu fiutem. Fajnie byłoby popatrzeć jak zdychasz. - Logan odpowiedział na drwiący komentarz Justina
-serio? Chcesz popatrzeć na moją śmierć? - zadziwił mnie drwiący ton głosu Justina
-nawet nie wiesz jaką wielką by mi to sprawiło przyjemność.
-więc czemu  żaden z was nie zabił nas do tej pory? - tym razem odezwał się Harry
-cóż, już raz, kiedy rozwaliliśmy wam łby szkłem, mieliśmy wielką ochotę was oblać benzyną  i podpalić, jednak litość dziewczyn okazała się dla was zbawienna.

Mierzyli się morderczo wzrokiem. Po chwili wypowiedź Harry'ego sprawiła że zmiękły mi kolana.

-skoro chcesz popatrzeć na moją powolną i bolesną śmierć, to zaraz będziesz miał okazję.

Nie wiedziałam czy on mówił poważnie czy znowu zadrwił żeby w kurzyć Ethana? Nie wiedziałam...
Jednak przekonałam się już niedługo potem i mogę przysiądz że serce cofnęło mi się do gardła.

Harry, wraz z Justinem wyjęli z komody dwa łańcuchy. Źle mi się kojarzy łańcuch, dlatego chwyciłam Megan mocniej za ramię. Co mnie zdziwiło, ominęli z tymi łańcuchami Ethana wraz z Loganem i stanęli tuż przed nami.

-chwyć to. - Justin wystawił do mnie dłoń z łańcuchem.
-ale...
-powiedziałem, chwyć to! - chwyciłam w dłoń, zaraz po Megan, metalowy, zimny, metrowy kawałek łańcucha. Jednak sekundę potem doznałam paraliżu...

Nie wiedziałam że oni będą w stanie zmusić nas, do czegoś takiego... Podciągnęli koszulki na plecach, przyklękli i...

-chłostaj. Tak długo aż nie umrę z wycieńczenia. - Harry wysyczał klękając przed Megan.
-nie mogę...
-chłostaj!
-Harry...
-masz mnie zabić, rozumiesz?! Ethan zażyczył sobie mojego ciepienia, więc wychłostaj mnie!

piątek, 11 kwietnia 2014

Rozdział 13.

Siedząc dociśnięta do nierównej blachy zaczęłam odczuwać niesamowity dyskomfort. Poza tym co jakiś czas mogliśmy usłyszeć jak Mavis łazi po korytarzu i coś tłucze albo rozbija. Zaczynało mi być zimno, zwłaszcza że temperatura w garażu wraz z upływem pory dnia robiła się coraz niższa. A tak się składa że robił się wieczór. To po pierwsze.

Po drugie. Jest mi niesamowicie niewygodnie, muszę do łazienki i jest mi zimno. Poza tym Logan sprawia że każdy mój ruch nie ma prawa przekroczyć granicy połowy metra od blachy garażu bo automatycznie mnie do niej przysuwa. Zazdrośnik poziom Hard.

Po trzecie. Na serio nie mam zamiaru spędzić tutaj nocy zważając na to że w okolicy korytarza jak i drzwi, nieustannie łazi Mavis. Druga sprawa. Jeśli uda jej się wyleźć z domu na zewnątrz to :
a) jakimś cudem znajdzie garaż i znając jej możliwości rozprawi się z cienką blachą bez żadnego problemu
b) wylezie poza bramkę i zaatakuje ludzi
c) będzie łazić w kółko aż my sami nie wyjdziemy z tego garażu.
Biorąc pod uwagę fakt że będzie NOC, wolałabym ją spędzić niekoniecznie tutaj. A jeśli Mavis uzna że ma ochotę na dobijanie się do nas, to całą pewnością nie zasnę.

A tak z drugiej strony i pomijając moje [lub też nasze] dyskomforty, zaczęłam się przyglądać drugiemu końcowi garażu w którym siedzieli dwaj obrażeni na cały świat, władcy tegoż domu. Hm, w sumie pojęcie OBRAŻENI jest raczej mało oddające realny wygląd tej sytuacji. Byli niesamowicie obrażeni, wściekli i znając życie, obgadywali w myślach Ethana z Loganem za każdą pierdołę.

-nie chcę żeby wyszło na to że marudzę ale wydaje mi się że chyba najwyższa pora się stąd wynosić? - zapytałam bez szczególnego zaangażowania
-huh, ciekawe jak chcesz tego dokonać? - poirytowany przerwaniem ciszy Justin znowu obrażonym tonem wyraził swoje ''NIEZADOWOLENIE''
-mówiłam ci co chcę zrobić jakieś pół godziny temu, ale oczywiście nie byłeś na tyle łaskawy żeby mnie wysłuchać. - ironicznie uniosłam brew w górę
-powtórz.
-nie powtórzę, przypomnij sobie, jak przypomnisz, to powiedz. W tedy możemy zacząć działać.

Oparłam głowę o blachę żyjąc z nadzieją że szybko się połapią. I owszem. Nie czekałam zbyt długo.

-no to może wartałoby ją najpierw w coś złapać, związać albo coś?

Wstałam w końcu rozprostowywując nogi i kręgosłup. Rozejrzałam się po całym garażu znajdując z jego kącie dość mocny kawałek sznurka i coś w rodzaju szarej samoprzylepnej taśmy.

-to powinno wystarczyć.
-co proszę? - Harry zadrwił ze mnie patrząc na moje dłonie w których trzymałam owe przedmioty.
-no przepraszam bardzo ale coś ci kurwa nie pasuje? - zaczynał mnie irytować jego brak zaangażowania, pomysłu i wszechobecne lekceważenie w głosie jak i gestach.
-jesteś jebnięta dziewczyno?! Gołymi rękami chcesz schwytać tą paskudę?!
-a co ty jesteś księżniczka i boisz się ubrudzić?! Rękawiczek ci poszukać?! - wnerwił mnie jego brak szacunku dla czyjejś pracy i chęci dobra, dla całej grupy.
-wiesz co, wymyśl coś o wiele lepszego. Ja nie mam zamiaru je dotykać.

Poczułam wewnętrzny ogień, nie wiem co we mnie wstąpiło ale jak stałam, tak rzuciłam sznurem i taśmą w twarz Harry'ego.

-jesteś pierdolonym egoistą! Nie zdziwię się jak przy następnej bójce z Ethanem, Megan pozwoli ci zdechnąć!

Stylesowi rozszerzyły się źrenice. Dziwnie się poczułam z faktem że użyłam Megan jako argumentu, ale będzie musiała mi to wybaczyć.

-skoro jesteś tak genialny w słowach, to rusz dupsko i łaskawie sam coś wymyśl! Bo jak narazie to siedzisz obrażony na cały świat i gówno cię obchodzi czy my damy radę wytrzymać tu jeszcze czy już mamy dość!

Wściekła wróciłam pod blachę siadając obok Logana i Megan, modląc się w duszy aby żadne z nich mnie nie dotknęło bo by zapewne oni też oberwali.

Dobrze wiedziałam że mierzą mnie wzrokiem i czują wstręt do moich słów, ale denerwowała mnie ich całkowita obojętność.

-niby dlaczego to my mielibyśmy coś wymyślić? - Justin złożył ramiona
-nikt cię do tego nie zmusza. Ale jeśli chcemy żyć w spokoju wszyscy, to chyba wszyscy powinniśmy coś robić a jak na razie to tylko Vickie ruszyła głową. - Logan posłał mu informujący sygnął że ma przestać robić z siebie idiotę.
-kurwa... - Styles zaklął pod nosem podnosząc dłonie nieco ponad zgięte kolana - dobra, pierdolę jej brud, trzeba to gówno złapać i rozjebać.

Wstał. Patrzyłam z niedowierzaniem na jego ciało, chwytające za szafę i odciągające ją solidnie w bok. Wstaliśmy w końcu z podłogi.

-co robimy? - Megan zapytała chwytając w dłoń kij do kiełbasek.
-Łapiemy, wiążemy, zabieramy do MARBLE, rozwalamy jej łeb. - Justin chwycił w dłoń kij do golfa.

Linia pod drzwiami nie wskazywała, aby ktoś przed nimi stał. Styles wypuścił ciężko powietrze naciskając na klamkę i otwierając drzwi gwałtownie. Na szczęście nie było tam nikogo.

MEGAN'S POV

Wyszliśmy powoli,  niemal jeden za drugim, człapiąc ciszej od oddechu. Ważny był każdy szelst, który mógł oznaczać jej obecność między nami lub też blisko nas. Szłam powoli ściskając w dłoniach długi pręt. To była jedyna moja ,,BROŃ''.

Udało nam się wyjść poza korytarz. W tedy zobaczyliśmy jej sylwetkę. Wieczór był już późny. Nawet nie wiedziałam że jest aż tak późno. W domu unosił się nieprzyjemny zapach krwi i potu pomieszanego w jedno. Stała nieruchomo wpatrując się w nas mglistym wzrokiem. Jej oczy były blade. Tęczówki niemal zanikły na tle białka. Paskudny widok. Była przerażająca. Dzieliła nas głucha cisza i jeden korytarz.

Bolał mnie fakt, że będę świadkiem morderstwa kogoś, kogo być może da się wyleczyć. Ale wiedziałam że na chwilę obecną to jedyne wyjście.

-Witaj Clarise. - odezwał się w końcu Harry. Więc to jest jej imię. Cóż, przywykłam do Mavis.
-spadaj draniu. - zadziwił mnie fakt że ona potrafi mówić.
-brzydko. Nie powinnaś tak mówić do swojego właściciela.
-jesteś tylko bachorem którego ojciec nie kochał. Nie jesteś moim panem. Jesteś niczym!
-mylisz się, jest od ciebie o wiele mocniejszy i lepszy pod każdym względem - odburknął Justin
-nie odzywaj się. Ciebie widać też rodzice nie kochali.
-zamknij się. Jesteś naszą niewolnicą i powinnaś słuchać.
-ja? - zadrwiła chwiejąc się na nogach - nigdy. Nigdy was nie będę słuchać, pozabijam was wszystkich!
-Clarise opanuj się!
-tyle czasu spędziłam w zamknięciu, wszystko przez was wy zasrani bachorzy! Teraz mi za to zapłacicie!

Wrzasnęła rzucając się w naszą stronę. Podniosłam kij na wysokość klatki piersiowej i dobrze wiedziałam że nie mogę się wycofać. Chociaż stałam tak blisko, nie byłam w stanie zadziałać w niczym. Ani ja ani Vickie. Mogłyśmy jedynie osłaniać.

Cała czwórka pochwyciła ją kładąc na ziemi. Przywiązali jej ramię do tułowia a usta zakleili. Zachowywała się jak opętana kobieta w horrorze. Coś jak egzorcyzmy.

Zaciągnęli ją za związane nogi do MARBLE. Tam, kazali mnie i Victorii poczekać. Zostawili otwarte drzwi. Słyszałam jej zduszone, gardłowe krzyki, a kiedy odkleili taśmę, usłyszałam jej ostatnie słowa:

-zobaczycie wy przeklęci mordercy! Kiedyś was zabiją! Będą rozszarpywać! A ja - zaśmiała się jak opętana własnymi myślami - a ja będę was nawiedzać po nocach. Będę waszym koszmarem. Ten dom jest mną skażony, będę do was przychodzić!

I w tedy usłyszałam odgłos siekiery i paskudny odgłos łamanego kręgosłupa. Ona ucichła...

Czułam własne serce w gardle. Czułam jego bicie, które biło jak tykająca bomba. Zamarłam w przerażeniu kiedy przed drzwi potoczyła się jej głowa i tam spoczęła z miną zaklętą na otwartych ustach i białych gałkach ocznych. Nie zasnę.

VICTORIA'S POV

Powoli, na miękkich kolanach wróciłam do naszego pokoju, potykając się dwa razy na schodach. Byłam osłabiona psychicznie. Byłam niesamowicie osłabiona psychicznie. Czułam wewnętrzną próżnię. Umysł odleciał. Zostało ciało i bombardujące mnie myśli. Usiadłam bezwładnie na dywan. Nagle, zupełnie nieruszony zabiciem człowieka Ethan ruszył typowy temat:

-no! Zostały tylko 2 dni!
-i co z tego? - Vick ruszyła ramionami
-Vickie, mała! Za dwa dni, lepsze życie! - Logan krzyknął radośnie
-a, no tak.
-Logan? - Ethan odwrócił się na łóżku w jego stronę. Czyli w sumie naszą.
-tak ogółem, masz pomysł jak wykorzystać fakt że będą nam całkowicie podwładni?
-na razie nie, a ty już coś wymyśliłeś?
-ooo, sporo tego.
-ale że niby co? - zapytałam unosząc brew
-no zemsta mała, za to zasrane pomiatanie, bicie, katowanie, obrażanie, kaleczenie i ogólnie cała resztę.
-co chcesz im zrobić?
-nie mam dokładnie sprecyzowanego, tego co chcę, ale wiem, że cokolwiek bym nie robił, będzie to kurewsko bolało!

Nie chciałam dłużej słuchać o bólu i cierpieniu. Weszłam na łóżko, opadając bezwładnie i zasypiając dosłownie chwilę potem. Jedyne co zdążyłam sobie wyobrazić to Biebera, na dole, w piwnicy, przyciśniętego przeze mnie do ściany, z zakriwonymi oczami, strugami łez na czerwonych policzkach, z opuchniętymi wargami, potarganymi włosami, z rękami związanymi za plecami i metalowym łańcuchem, przykutym do ścinany, zakończony obrożą spoczywającą na jego szyi. Wiem, jestem brutalna, wiem poszłam spać bo nie chciałam słuchać o bólu a sama go wymyśliłam, wiem nie powinnam. Ale ten widok... ten widok czeka na mnie. Jeszcze tylko 2 dni.

środa, 9 kwietnia 2014

Rozdział 12.

Czując panikę we krwi boleśnie wbiłam Ethanowi paznokcie w ramię. Zorientowałam się dopiero kiedy syknął z bólu. Podniosłam się na równe nogi przylegając ciałem do zimnej blachy wjazdu do garażu. Patrzyłam oko w oko z tą paskudą która na tamtą chwilę wydała mi się nieziemsko odrażającą istotą, jak na kogoś kto był człowiekiem, a co lepsze - kobietą. Była straszna pod każdym względem.

Cóż, jedynie tyle zdążyłam zauważyć. Nie dała mi czasu na to bym przyjrzała się jej lepiej. Swoim wcześniejszym rozmachem wydłubała w naszych drzwiach sporą dziurę. Co prawda nie była ona zbyt wielka ale sądząc po tym, że jest to człowiek, uznałam że rozum jeszcze zapewne je został. Nie myliłam się. Wsadziła ramię w otwór i chwyciła za klamkę.

Zamarliśmy zapewne wszyscy oprócz Styles'a ciągle leżącego pod drzwiami. Wiem że to nie godzi się z moralną etykietą ale nie chciałam ryzykować własnego zdrowia tylko po to żeby go stamtąd zabrać. Zerwaliśmy się na równe nogi. Nasze ciała przylgnięte do blachy i panika w głowie dawały o sobie mocno znać.

Kiedy dotarł do mnie fakt, że ona zaraz tu wejdzie, coś we mnie pękło. Jej dłoń nacisnęła na klamkę otwierając sobie tym sposobem drzwi. Klucze tam zostały. Przekręciła je. Drogę miałaby wolną gdyby nie nieprzytomny Harry leżący tuż pod drzwiami. Nienawidziłam go z całego serca, a mimo to coś mnie zmusiło do chęci pomocy mu. Bałam się jednak że sama mogę skończyć pod drzwiami.

Poczułam dłoń Ethana na mojej. Ścisnęłam ją i czułam jak łzy zaraz wypełzną z moich śluzówek. Trzęsłam się, ale moje serce przestało bić na jakieś dwie sekundy, kiedy drzwi o mały włos się nie otwarły. Powstała szpara. Mavis nie mogła wejść. Harry jej odgradzał dostęp.

Zobaczyłam jak jej jedno ramię sięga w głąb naszego pokoju. Harry zaczynał w tym samym czasie odzyskiwać przytomność, kiedy jej palce zatopiły się w lokach i szarpnęły z dość dużą siłą. Jęknął po czym zorientował się, kto go szarpie za włosy. Wstał jak porażony dociskając drzwi kolanem.

-szafa! - wrzasnął Justin kierując się w stronę szafki z narzędziami. - musimy zastawić nią drzwi!

Byłam zbyt przerażona sytuacją żeby zareagować. Osunęłam sie na podłogę osłaniając się kolanami. Patrzyłam na ich ruchy. Zwinne, płynne, szybkie. Słyszałam jej krzyk. Zastanawiało mnie - czy ona pała w tym momencie nienawiścią, czy zważając na jej chorobę - jest po prostu głodna? Chce zemsty, czy kurwa o co jej chodzi ?! Czuję się jak w nawiedzonym domu...

W ogóle skąd ci ludzie, których widziałam rano, wiedzieli o Mavis? Może oni mają jakiś związek z tą paskudą? Wiem, to kobieta, ale ona teraz zachowuje się jak zwierzę. Jedno jest pewne. Na pewno nie mamy do czynienia ze zdrową psychicznie i fizycznie osobą. Pytanie tylko: dlaczego ona zareagowała DOPIERO teraz?

-wszystko w porządku? - Justin położył dłoń na ramieniu Harry'ego
-ta.. jest OK.

Spojrzałam na jego twarz. Obolała. Musiał nieźle walnąć o ścianę. Zmartwiona i blada. Cóż, Styles nad którym ktoś góruje to nie ten Styles który ma się za pana i władcę. Ale cóż. Wolę nic nie mówić bo jeszcze mnie wypchnie za tą szafę i drzwi. A nie spieszy mi się do tego...

VICTORIA'S POV

Przyklapnęłam tuż obok Megan. Nie podobała mi się sytuacja w jakiej się znaleźliśmy. Szczerze? Wolałabym w tym momencie widzieć nad sobą rękę Biebera który by uderzał mnie po nogach. Przy najmniej byłabym pewna że kiedyś da mi spokój i będę mogła wrócić do pokoju. Teraz, jest inaczej. Chociaż w sumie, męczy mnie jedno pytanie...

-...nas jest 6 a ona jest jedna. Serio nie możemy wyleźć z tego garażu,złapać ją i po prostu wpierdolić do jakiegoś pomieszczenia albo dziury skąd na pewno nie wylezie ?! - spojrzeli na mnie nieco zadziwionym wzrokiem po czym obrzucili wzrokiem siebie
-niby gdzie ty chcesz ją dać? - zapytał Biebs zakładając ramiona
-sądząc po tym że zadajesz mi to pytanie, mam rozumieć że masz zamiar tu siedzieć do końca życia? - ironicznie odpowiedziałam, na co Biebs uniósł brwi
-chcę jedynie wiedzieć gdzie ją dać?
-chociażby do MARBLE. Miałaby tam mnóstwo żarcia, a nam dałaby spokój - wiem, to o MARBLE było paskudne...
-a jak chcesz ją złapać?
-tak żeby nikogo nie podrapała, nie ugryła i żeby jej krew nie dostała się do naszych ran ewentualnie do ust.

Jeszcze raz obrzucili się spojrzeniami. Chłopcy na siłę udawają że znoszą swoje towarzystwo choć w głębi serca wiem, że się nienawidzą. I... wiem że to się odbije zarówno na nas, jak i na nich...

-no to geniuszu, skoro poddałaś propozycję, to bądź tak miła i poprowadź całe działania. - rozbawiony Bieber, któremu nagle wszystko zaczęło zwisać, rzucił dość arogancko w moją stronę.
-boli cię coś? Ja tylko poddałam propozycję, tak?
-skoro ją poddałaś to teraz bądź taki kozak i zacznij działania a my dołączymy potem.
-jebło cię ?! Mam tam sama wyjść ?!
-Life is Brutal.
-Brutal, to ty zaraz będziesz mieć na twarzy, jak nie zaczniesz logicznie myśleć i nie przestaniesz pierdolić głupot! - Loganowi lekko puściły nerwy. Otóż Justin potrafił być nieziemsko irytujący jak na faceta...
-zamknij się szmato, bo jakby nie patrzeć nadal podlegasz pod moją kontrolę, więc lepiej stul pysk.
-że co proszę? - Logan zaczynął przybierać nieprzyjemną dla samego siebie postawę wobec Justina który - jak wiadomo - był dość nieprzewidywalną osobą. - zachowujesz się jakbyś był moim ojcem, a tak w gruncie rzeczy to jesteś tylko o rok starszym,rozpieszczonym bachorem! - ich postawa wobec siebie zaczynała być niewygodna
-zamknij się gówniarzu bo ciebie wepchnę jako pierwszego!
-a może to ciebie wepchniemy tam jako pierwszego?! - Ethan wstawił się za Loganem
-zawryj ryj dziecko, ty tu nie masz nic do gadania! To że nasi koledzy za trzy dni dadzą wam częściową władzę nie oznacza że możecie już teraz robić z siebie królów!
-to samo myślę o tobie Styles! - Ethan zgiął ramię i z niesamowitą siłą uderzył w brzuch, nieprzygotowanego na cios Harry'ego.
-przegiąłeś szmato!

Justin rzucił się z pięściami do twarzy Ethana zadając mu uderzenia. Logan wyszarpał Justina od Ethana powalając go na plecy i chcąc brutalnie odegrać się za... cholera, nawet nie wiem już za co... po prostu zaczął go dusić.

-Logan dziwko, zostaw go! - Harry podniósł się z podłogi chcąc odepchnąć Logana od przyduszonego Justina ale Ethan momentalnie zareagował ponownie powalając Harry'ego na ziemię. Wisiał tuż nad nim.

-złaź ze mnie bydlaku! - syknął Styles uderzając łokciem Ethana w nos.
-dobra suko, sam tego chciałeś! - Ethan podniósł biodra, opierając swoje ciało jedynie na ramionach i palcach u stóp, kiedy z wysokości 30 centymetrów runął kolanem, prosto w krok dociśniętego do podłogi Harry'ego.

Z ust Stylesa wydobył się wrzask, a jego oczy powiększyły się. Momentalnie zaczął prosić aby Ethan zdjął z niego kolano. Słyszałam syk Ethana:
-boli, prawda?

Po czym ułożył palce na jego gardle. Zaczął go dusić i jednocześnie wiercić kolanem. Wiedział że sprawia mu to ból ale robił to celowo. Spojrzałam na sparaliżowaną Megan a potem na Stylesa któremu łzy zaczęły cieknąć po twarzy. Płaczący Harry...

-Chłopcy przestańcie! - Megan w kilka sekund poderwał się z podłogi odrywając wściekłego Ethana od Harry'ego który od razu zwinął się w kłębek.
-Logan, udusisz go! - mój wrzask rozległ się po korytarzu kiedy spojrzałam na powoli domykające się powieki Justina. - przestań!
-Vickie odsuń się, zasłużył!
-Logan do cholery zostaw go!

Oderwałam jego dłonie od szyii dławiącego się powietrzem Justina. Widziałam w jego oczach pogardę co do moich ruchów ale jeszcze chwila, i on by go udusił.

-zostawcie te suki, trzeba się stąd wynosić- Ethan chwycił za nadgarstki Megan odciągając ją jak najdalej od zwiniętego Harry'ego. Ból musiał go ciągle przeszywać. Owszem, należało się im obu. Ale... nie tak mocno...

Logan przycisnął mnie do blachy zakazując abym do którego kolwiek z nich podeszła. Cóż, zgodziłam się, jednak widok tamtej dwójki leżącej bezwładnie na ziemi rozpraszał mnie do granic możliwości. Wiem że oni się nienawidzą i coś mi się wydaje że za te trzy dni, chłopcy zrobią im istne piekło...

-Victoria, przepraszam za to co powiedziałem. - Jęknął Justin podnosząc się niezdarnie z podłogi i kierując wzrok na mnie.
-ok...

Podniósł czerwonego na twarzy Harry'ego i zaprowadził w drugą część garażu z dala od drzwi i od nas. Szczerze? Uh, nie spodziewałam się przeprosin...

czwartek, 3 kwietnia 2014

Rozdział 11.

Nie zgodziłam się ani na opcję pierwszą ani na opcję drugą. Niczego nie wybrałam. Chłopcy wybrali za mnie. Za nas. Wybór był NASZ. A wybrali jedynie oni. Wiedziałam że to się tak skończy. Chociaż sama tak bardzo tego pragnęłam. Pragnęłam dominacji w tym pierdolonym zajściu. Tak cholernie chciałam słodkiego sma ku zemsty. Cóż. Chciałam - to mam. Ethan wraz z Loganem wybrali opcję pierwszą. W sumie, wiedziałam że ją wybiorą. Kto normalny zgodziłby się na dobrowolne obdzieranie ze skóry a potem pozwolenie aby zeżarła cię jakaś kreatura? Nikt.

Spojrzałam na Justina wraz z Harrym. Nie byli zadowoleni naszym wyborem ale musieli się z nim pogodzić. Mam nieuniknione wrażenie że wszystkie trupy w MARBLE były jak dotychczas kobietami które zapewne uległy UROKOWI Stylesa i Biebera, dlatego dały się zabić. Żaden mężczyzna, chłopak, nikt z płci męskiej nie zgodziłby się na coś takiego. Tak na poważnie? Wiem że najbliższe trzy dni mogą być ciężkie ale prawdopodobnie zaraz po nich [miejmy nadzieję] nadejdzie błogi spokój... Tak... miejmy nadzieję.

Patrzyłam jak obłąkane dziecko w nieruchome postacie Justina i Harry'ego. Byli jak z marmuru. Prawdopodobnie byliśmy pierwsi którzy wybrali opcję pierwszą. Chyba nigdy dotąd nie zetknęli się z podobną sytuacją. Byli jak grób. Milczeli. Justin pociągał nosem co jakiś czas i zdrapywał coś z paznokcia w kciuku. Harry miętolił rękaw a jego dłonie drżały.  Z tego wniosek iż : albo się cholernie boi, albo jest cholernie zły, albo mu cholernie zimno... nie wiem. Zastanawiał mnie jeden fakt. Skoro Mavis [tak sobie nazwałam tą pokojówkę] jest tutaj już tyle czasu, to dlaczego nigdy dotąd jej nie słyszałam? Skoro jest tak głośna to dlaczego nie wydała z siebie dźwięku kiedy Harry mnie tutaj przyprowadził po raz pierwszy? Czy ona się gdzieś jeszcze ukrywa?

-dlaczego nigdy dotąd nie słyszeliśmy jej krzyków ani nic? - zapytałam w końcu, nie chcąc aby ktokolwiek z nas za dużo nie myślał o wyborze opcji nr. 1
-bo jak do tej pory nie wpuszczaliśmy was tutaj. Ściany dzielące dom na dwie części są dźwiękoszczelne. A... przynajmniej tak mi się wydaje... - odburknął ciągle niezadowolony Justin.
-róbcie co chcecie, mnie jest tutaj źle, zwłaszcza że nas i tą kreaturę dzieli zaledwie pare metrów! Chodźcie stąd!
-uwierz, to nie jest pare metrów. Ona może być wszędzie. - Harry podniósł głowę a jego wzrok spotkał się z moim. Był lodowaty, przeszyty sensem każdego wypowiedzianego słowa. Mówił prawdę.
-jakto wszędzie? Przecież była zamknięta?
-przy jej sile, wściekłości i możliwościach o których wy nie wiecie, można śmiało twierdzić że ona stoi za którymi kolwiek drzwiami w tym korytarzu.

Rozejrzałam się nerwowo po korytarzu lustrując każde drzwi, szukając jakiejkolwiek maleńkiej szparki przez którą mógłby wystawać kawałek ludzkiego ciała. Albo też jego resztek. Nie było niczego. Głucha cisza, zaczynała być coraz częściej przerywana stukaniem. Wcisnęłam ramiona pod bluzę Ethana, docisnęłam policzek do jego klatki piersiowej i pisnęłam, kiedy coś za nami zastukało.

-wynośmy się stąd!

Szarpnęłam całym swoim ciałem, Ethana w stronę wyjścia. Chciałam jak najszybciej stąd wyjść. On jednak stał jak wryty. Oni wszyscy stali. Ethan, Logan, Vickie, Justin, Harry, tylko nie ja... Postanowiłam że uniosę wzrok na tą wysokość, na jakiej oni utkwili. Podniosłam w tempie pioruna oczy w górę, kiedy mój wzrok zetknął się z drzwiami na piętrze, do którego prowadziły schody. Wrzask rozległ się w mojej głowie kiedy zobaczyłam w pół otwarte drzwi, oplecione bokiem przez niedogryzki resztek palców z który sączyła się kleista maź. W dwóch były paznokcie. Poczułam odrazę i strach. Zza drzwi wyłaniała się kobieca postać. Kobieta jak kobieta. Tyle że inna. Była żywym trupem. Brakowało jej oka. Na twarzy widziałam dziwnie zarysowane blizny. Jej ciało było obleczone w podarte i brudne krwią ubrania typowej pokojówki. Jej ciało było jedną wielką kałuża krwi. Była skażona pod każdym względem.

Poczułam że łzy mi cisną się litrami do oczu a ramiona drętwieją od ucisku w talii Ethana. Byłam przerażona. Skaza jej obecności dotarła do mojego nosa dając o sobie znać. Paskudny odór.

-wiać, cholera, wiać! - Styles krzyknął jak małe dziecko, kiedy zorientowaliśmy że Mavis zmierza w naszą stronę. Kiedy my poderwaliśmy nogi do biegu, ona autentycznie, zeskoczyła z piętra! Bestia poderwała nogi do biegu i wrzeszcząc :
-jesteście martwi! - zaczęła biec w naszą stronę.

Dobiegłam do drzwi wychodząc najszybciej jak się tylko da. Logan pchnął mnie na podłogę żeby ustąpić reszcie miejsca. Patrzyłam jak Justin przytrzymuje drzwi z całą siłą a Harry domyka je kluczem.
-do garażu, te drzwi długo nie pociągną!

Moje nogi przeszywał ból ale stawiałam szybkie kroki. W głowie syczał mi jej wrzask i słyszałam jak dobija się do tamtych drzwi. Dobiegłam do podziemnych schodków prowadzących do garażu. Wbiegłam na dół opadając bezsilnie na kolana. Zaczęłam płakać...

-Meg, będzie dobrze... - Ethan próbował mnie uspokoić
-nie kurwa, nie będzie dobrze...
-KURWA MAĆ!!!!! - Bieber zaklął uderzając pięśćmi w ścianę i ukruszając tynk. - pierdolone klucze!!!
-c...co się stało? - usłyszałam głos Vickie
-ja pierdole.... - wplótł palce w loki powoli i zapewne boleśnie, szarpiąc nimi klął pod nosem - dlaczego musiałem zostawić te jebane klucze, od tego pierdolonego garażu w tym chujowym portfelu na stole ?!!!
-Stary, uspokój się - Harry położył dłoń na jego ramieniu

Patrzyłam na jego bezradność wobec sytuacji i umacniało mnie to w przekonaniu że jego bezsilność jest czymś niesamowitym. To, jak nie wie co z sobą zrobić bo wszystko co jest mu znane, legło w gruzach. Tylko 3 dni...

Siedziałam ciągle porażona sytuacją na tyłach garażu schowana za ścianą, ukryta w ramionach Ethana. On jeden mnie bronił. Jest wspaniałym człowiekiem.

Patrzyłam na drzwi wejściowe, kiedy nagle pod spodem zobaczyłam mały cień. Tak jakby ktoś po drugiej stronie drzwi właśnie przystanął. Zamarłam bo chwilę potem usłyszałam wrzask i huk, a po zaledwie paru sekundach, drzwi, do których Styles siedział tyłem, niemal roztrzaskały się na kawałki i wystająca z nich ręka zdołała chwycić Harry'ego za włosy i szarpnąć całym jego ciałem. W panice i braku kontroli nad swoim ciałem, uderzył głową o ścianę i upadł tracąc przytomność tuż pod drzwiami które niemal staranowała Mavis.

poniedziałek, 24 marca 2014

Rozdział 10.

-po jaką cholerę tam poszliście?! Możecie mi to kurwa wyjaśnić ?! - Justin chodził po pokoju zataczając niebezpieczne kółka. Nie lubię kiedy tak chodzi. Chociaż na tamtą chwilę miałam wrażenie że był zdenerwowany tym, że wszyscy zobaczyliśmy że w cale nie jest taki mocny, na jakiego się podaje. Z resztą oni obaj. Styles jedynie stał wkurwiony tyłem do nas oparty o blat. Jedynie czekaliśmy aż jeszcze on wybuchnie i nastanie 3 wojna światowa...
-albo w końcu zaczniecie gadać albo skończy się to dla was wszystkich kurewsko źle! -Justin wrzasnął poirytowany naszym idiotycznym milczeniem. Ten koleś zaczynał mnie już bawić. Znaczy... do momentu w którym nie podnosił na którąś z nas ręki. Lub na chłopców. W tedy się go bałam. Jednak teraz był nieziemsko debilnym widokiem. Nie mógł się pogodzić z tym co zdołaliśmy zobaczyć.
-weź się tak nie rzucaj bo wyglądasz na serio jak totalny idiota. Pogódź się z faktem że jest ktoś lepszy od ciebie i przestań się wydzierać. - Logan, całkowicie wyluzowany rozłożył się w fotelu i założył łokcie za głowę patrząc z uśmieszkiem na wściekłego Justina.
-ty gówniarzu zasrany! - nie spodziewałam się że Justin to zrobi.

Wstrząśnięty wyluzowanym tonem głosu u Logana wyszarpnął go za włosy na równe nogi. Logan wiedział że musi chronić ranę na nodze, dlatego stał jak najdalej od Justina. Nie zdziwił mnie jednak fakt że w końcu się zdenerwował. Odepchnął Justina zadając mu jednocześnie cios w twarz.

-do jasnej cholery przestańcie obaj! - krzyknął Ethan usiłując ich od siebie odepchnąć. Jednak Harry, ocknął się z transu i wręcz wbiegł na Ethana wyginając mu ramiona do tyłu.

Trzeba przyznać że Justin był o wiele lepiej umięśniony niż Logan. Już po chwili powalił go na ziemię i zadawał kolejne ciosy obezwładniając jednocześnie jego ciało.

Ja nie dałam rady niczego z siebie wydusić. Wbiło mnie w fotel. Nogi chciały biec do pomocy, język krzyczał, myśli huczały a psychika wbiła w fotel i nie pozwoliła się ruszyć.

Harry wypuścił z uścisku Ethana pozwalając mu, aby pomógł Loganowi pozbierać się z podłogi. Justin puścił go i stanął obok.
-wstawać! - nakazał nam ruchem abyśmy wstały. Nogi miałam jak z waty jednak postanowiłam posłuchać. Wstałam, doczepiając się do ramienia Logana. Otulił mnie. Tylko w jego objęciu czułam się choć trochę bezpieczna.
-a teraz przejdziemy sobie na spacerek do drugiej części domu - wysyczał czerwony ze złości Justin.
-c-co? - zamarłam...
-ruchy!

Czułam że zaraz się rozpłaczę. Nie wiem jak wytrzymam te pierdolone trzy dni, ale wiem że być może, będzie to udręka ostateczna. W sumie? Mam taką szczerą nadzieję. Tak właściwie to mam nadzieję na zmianę ról. Wiem, że mówiłam to tyle razy, ale chciałabym chociaż raz, poczuć smak wymierzenia kary komuś, kto na nią całkowicie zasłużył. Tak nieziemsko mi się to marzy... Nawet sobie zdążyłam wymyśleć kilka takich sytuacji. Ale wiem że to nigdy się nie zdarzy. Nigdy nie będę mogła chwycić w dłoń tego paskudnego, skórzanego paska albo łańcucha, nigdy nie zobaczę zwiniętego w kulkę Justina, chowającego twarz przed ciosem, nigdy nie usłyszę jego krzyku i bólu, na który tak cholernie zasłużył. Nie wiem ile bólu otrzymałby każdy z nich od chłopców, ale moja część polegałaby na tym, co sama od niego otrzymałam.

MEGAN'S POV

Postawili nas przed szeregiem paskudnie uciszonych pokoi zasłoniętych białymi drzwiami. Cisza w tej części domu była gorsza nisz koszmar w burzową noc. Słyszałam płacz mimo że nikt nie płakał. Czułam na skórze przeszywający pisk, wrzask, a tego również nie było. Widziałam rozlane kałuże niewinnej krwi. Ale jej też nigdzie nie było. Po prostu czułam że cały ten dom jest przesiąknięty niewinnym i niezasłużonym bólem i katuszami. Zastanawiam się tylko : po co? Czy oni na to zasłużyli?

Pierwsze drzwi, jakie rzuciły mi się najbardziej w oczy były oczywiście, drzwiami prowadzącymi do MARBLE. Były na prawdę paskudne i odstające od reszty. Chwała Panu Bogu że ominęliśmy je. Nie chcę drugi raz powtarzać koszmaru.

Postawili nas przed ostatnimi drzwiami na końcu korytarza. Tak jak prawie wszystkie drzwi w tej części domu, były białe. Równie zakurzone i brudne. Nie bił od nich zapach, nie widziałam plam, zadrapań, podłoga przy wejściu była czysta. Wisiał numer 8. Nie za bardzo wiedziałam dlaczego, to akurat przed tymi drzwiami postawili nas chłopcy ale czułam że musi być za nimi coś konkretnego, skoro wybrali akurat te. Nakazali nam podejść, nacisnąć klamkę i po prostu wejść.

Dobrze wiedziałam co mogło być za drzwiami. WSZYSTKO. Nie byłam w stanie przewidzieć co dokładnie. Tam mogło być wszystko. Poczułam najpaskudniejszy dreszcz na świecie kiedy podeszliśmy bliżej. To dziwne i głupie, wahać się z otwarciem drzwi ale bałam się. Jeszcze chwila i okaże się że moją fobią są białe drzwi...

Wrzasnęłam i wtuliłam twarz w przestrachu do klatki piersiowej Ethana. Kiedy stałam zaledwie kilka centymetrów od drzwi i brakowało może dwóch centymetrów żebym dotknęła klamki, nagle coś lub ktoś uderzył po drugiej stronie w drzwi. To nie był zwykły huk. Ktoś wrzasnął drapiąc w drzwi. Kobieta. Za drzwiami była kobieta. Ale nie mogła być normalną kobietą. Wrzeszczała, drapała drzwi, biła w nie i kopała. TE drzwi, chyba było soldnej grubości...

Jej krzyk przypominał wrzask nawiedzonego ducha z Chińskiego horroru. Tuliłam twarz w skórę Logana który odepchnął mnie natychmiastowo od drzwi.
-kto-kto tam jest? - drżącym głosem zapytała Vickie kładąc dłonie na torsie Logana.
-nasza pokojówka.
-dlaczego jej stamtąd nie wypuścicie?!
-nie możemy. Wyzabijała by nas wszystkich żywcem. Jest niebezpieczna. - oznajmił z całkowitym spokojem Harry
-wyzabijałaby żywcem? Co z nią nie tak? - drżałam pod wpływem własnych słów.
-jest chora psychicznie, fizycznie i ma dziwny rodzaj wścieklizny.
-co to wszystko znaczy?
-jest chora psychicznie bo siedzi tam już od ponad roku, fizycznie bo jakieś 3 miesiące temu zaczął u niej występować samokanibalizm.
-co to znaczy?
-zeżarła własną rękę. Zaczynając od palców. A potem prawie odgryzła mi palec kiedy zanosiłem jej jedzenie. - oznajmił Justin pocierając palec w dłoni
-to... paskudne i straszne zarazem...
-czemu trzymacie ją tam już rok? Nie lepiej żeby specjaliści się nią zajęli?
-nikt tam nie wchodzi, poza tym, kto musi. Ona jest na prawdę chora.
-jak to się stało... i co z tą wścieklizną?
-zaczęło się od tego że rok jak Harry miał jeszcze kota, to ta kotka urodziła 6 młodych.
-one były takie śliczne... - wtrącił Harry. O, ktoś tu lubi koty.
-w tedy zauważyliśmy że z dnia na dzień ubywało o jedno młode. Pewnego wieczora po prostu przyłapaliśmy ją jak zjadała tego małego kota.
-chcieliśmy ją powstrzymać ale ona zaczęła nas drapać, wrzeszczeć i mówiła że nas wszystkich pozabija.
-obaj uciekliśmy żeby zadzwonić po policję i pogotowie żeby ją zabrali.
-tylko że jak przyjechali, to jej nigdzie nie było. Przeszukaliśmy calutki dom.
-nawet MARBLE? - wtrąciłam.
-w tedy jeszcze tego nie było.
-Znaleźliśmy ją dokładnie w tym pokoju jak zjadała resztki biednego kota.
-Chryste... Dusty... - Harry chyba musiał kochać tego kota...
-jak ją zobaczyła policja, kazali nam zaryglować drzwi na wszystkie możliwe sposoby i nigdy jej z tamtąd nie wypuszczać.
-skąd wiecie że... no... ta ręka...
-bo jak raz zanosiliśmy jej żarcie, to resztki z jej ręki leżały na podłodze a ona miętoliła w żebach swój kciuk. Znaczy się chyba, kciuk...
-a ta wścieklizna? Czemu pozabijałaby żywcem? Skoro sama zaczyna się pożerać, to nogi pewnie też już sobie zdążyła zjeść? - Ethan mnie powalił...
-no właśnie nie... Ok, dobra, przyznam, byłem u niej tydzień temu. Nawet nie wyobrażacie sobie, jaka z niej paskuda. Jest wściekła. Boimy się nawet do niej podejść z bliska. Jej ślina jest zarażona. Jeśli ona ugryzłaby na przykład mnie, a Justin nie zdążył by mnie zamknąć, to ugryzłbym jego, potem on was a potem, jeśli byśmy wyszli z tego domu to zaczęlibyśmy gryźć wszystkich po kolei aż policja musiałaby nas zabić.
-nie zaraziliście jej w tedy czymś?
-nie.

Przerażenie krążyło w moich żyłach. To na serio nawiedzony dom... boże, żyję z żywym trupem...

-zaraz... - spojrzałam pytająco zarówno na Justina jak i na Harry'ego - dwa pytania. Po pierwsze: po jaką cholerę nas tu przyprowadziliście, a po drugie: skoro MARBLE nie istniało rok temu, to czemu istnieje teraz?!

Patrzyli na siebie, tak jakby pytali się wzrokiem o to czy wyjawić nam prawdę czy nie.

-chcieliśmy wam zarówno pokazać zagrożenie w tym domu jak i uświadomić was o tym że możecie skończyć za drzwiami tej klatki.
-jak... to skończyć? Wy... chcecie nas tam wrzucić ... ? - poczułam łzy w oczach
-nie. My nigdy z własnej woli nie wepchnęliśmy tam człowieka. To nie nasza rola. W ogóle ta paskuda nie jest nasza, tylko tych pieprzonych typków których dzisiaj udało wam się zobaczyć.
-a... a co z MARBLE?
-to... ci ludzie którzy leżeli jeden na drugim, byli właśnie ofiarami tej pokojówki.

Zaczęłam płakać. Strach opanował moje ciało kiedy ta kobieta ponownie walnęła w drzwi.

-to nie od nas zależało kto tam trafiał a kto nie. My MUSIELIŚMY robić to, co nam kazali.
-ale kto wam kazał?
-ci pierdoleni idioci. Ci co byli tu dzisiaj. To oni rozkazywali.

Patrzyłam z przerażeniem na Justina i Harry'ego którzy stali z pochylonymi w dół głowami. Nie umiałam zrozumieć, co się tak właściwie stało? Ci skruszeni nastolatkowie, nie byli tymi samymi którzy dzień w dzień zadawali nam ból.

-zabraliśmy was tu, żeby uświadomić wam jak cholernie jest duży PROBLEM.
-jaki? - powiedziałam ocierając resztkę łez.
-jeśli oddamy im pieniądze, to role się zamienią. Tamci będą pilnować tego domu, cały czas, to wy będziecie mieć górę nad nami. Wiem, nie wyobrażacie sobie tego, ale tak będzie. Wsadzą wam w dłonie bat i każą bić za to co wam zrobiliśmy... nie pozwolą się wam wycofać. Każą wam zadać tyle bólu ile my zadaliśmy wam.
-więc po co to nam robiliście... ?
-to... to... przeszłość kazała... - jęknął Harry

Nie mieściło mi się w głowie że to na prawdę może się stać...

-ale jeśli nie oddamy im pieniędzy, to każą nam was powoli torturować i w pół żywych wepchnąć za TE drzwi... a... potem... nie wiem co zrobią z nami...
-dlatego wybierajcie.

Justin wypowiedział ostatnie słowa z niebywałą powagą. Słyszałam przerażające szmery dochodzące zza drzwi. W mojej głowie był chaos. Kazali nam wybierać. Ale co my do cholery mamy wybrać ?! Boję się. Tak cholernie się boję...