środa, 30 kwietnia 2014

Rozdział 15.

Na tamtą chwilę moje życie zatrzymało się w miejscu. Nie byłam w stanie określić skutków i konsekwencji tego czego oni od nas oczekują. Byłam zbyt sparaliżowana żeby wymierzyć cios. Poza tym nie mogłam tak po prostu go wychłostać... usłyszałam głos Megan.

-nie zrobię tego!
-Megan, nie wkurwiaj mnie tylko rób co ci każę! - w jej oczach zobaczyłam wściekłość. Sama czułam coś podobnego. Ale czy byłam zła? Chyba nie. Justin nie prowokował mnie do złości. Czekał jedynie.
-pierdol się, ja nie będę na tobie używać łańcucha! - Megan rzuciła kawałkiem metalu o podłogę który odbił się z hukiem. Sama również wypuściłam owy kawałek łańcucha. - a wy się kurwa ogarnijcie! - odwróciła się krzycząc w stronę Ethana z Loganem.

Chwyciła za mój rękaw. Poczłapałam za nią po schodach na górę. Czułam się dość dziwnie z faktem że miałabym go tak nagle wychłostać. Na dodatek nie byłaby to MOJA zachcianka. Nie odwracałam się w stronę męskiego członkostwa w tym domu. Po prostu wyszłam po schodach i domknęłam drzwi.

-co za idioci... - Meg runęła na łóżko. Przez przypadek otarła o nadgarstek i nawiązał się kolejny temat. - po jaką cholerę potrzebny mi ten durny kod, weź mi to wytłumacz?!
-nie wiem... może po prostu Justin i Harry nie chcą stracić stanu i wypieczętowali nam to żeby odznaczyć swoją wyższość?
-... jaśniej proszę.
-dobra, nie tłumaczę ci bo na serio nie wiem...

Drzwi otwarły się a wnich pojawiły się dwie sylwetki znane nam na codzień. Logan z Ethanem.

-co wam jebło? - zapytałam nie mogąc uwierzyć w to, że oni są cały czas na maksa wyluzowani...
-nic. To było spontaniczne. - Logan uśmiechnął się arogancko.
-to nie było śmieszne. Dla żadnej z nas...
-oj Megan, nie marudź. Mogłaś mu walnąć parę razy, zdechnąłby i byłoby po sprawie a tak to musimy się z nimi obchodzić jeszcze dwa dni.
-przepraszam bardzo, mam rozumieć że to moja wina?
-a niby czyja?
-Ethan, czy ty się słyszysz?! - Megan oburzona słowami Ethana wstała na równe nogi rozkładając dłonie na boki - moją winą jest to że mam słabą psychikę i nie chciałam uderzyć go?!
-tak? To jestem bardzo ciekawy jak ty sobie wyobrażasz swoje życie za te pieprzone dwa dni, skoro ty się boisz nawet jebnąć go łańcuchem w kark!

Zgasił nas. Ją i też mnie. Mimo że się nie odzywałam. On miał rację. Nie poradzimy sobie jeśli znowu ogarnie nas strach przed poskromieniem im skóry.

Megan usiadła na jej dawne miejsce załamując bezsilnie dłonie. Ta bezradność wobec sytuacji była jak piorun który nas wszystkich poraził. A w szczególności nas dwie. Totalna porażka... Absolutnie nie miałam pojęcia jak niby miałabym sobie poradzić. To miało być NOWE, LEPSZE życie... ale czy tak będzie?

Cały dzień aż do wieczora wlókł się w niemiłosiernym napięciu. Jednak tego dnia ani Harry, ani Justin nie żądali od nas zupełnie niczego. Co było dziwne. Siedzieliśmy cały czas na górze. Czasem ktoś schodził po coś do jedzenia ewentualnie do łazienki. Wydawałoby się że dzień przewinął nam się w nudny sposób. Cóż, nic bardziej mylnego.

To, że chłopcy nas nie wołali nie oznacza że nie działo się nic ciekawego. Otóż gdzieś tak w granicach godzin późnego popołudnia, podwórko naszego ''PAŁACU'' odwiedził samochód. Ale nie byle jaki samochód. Dokładnie ten sam którego wiedzieliśmy przedwczoraj rano. Byli tam też ci sami ludzie. A że zaparkowali dokładnie tuż pod naszym, wpół otwartym oknem, to mieliśmy okazję co nieco zobaczyć jak i podsłuchać.

Co prawda całość trwała krótko, jednak była to część nad podziw interesująca. Co bynajmniej jak dla kogoś kto cały dzień zamula w pokoju. Otóż Justin i Harry wyszli naprzeciw czwórki ludzi. Trzech białych i jeden Afroamerykanin. Wedle mojego postrzegania sytuacji, Justin i Harry byli tam najmłodsi a co bynajmniej rysy twarzy i budowy ciał tamtych mężczyzn wydawały się być o wiele mocniejsze i wyraźniejsze od ciał chłopaków które przy nich robiły wrażenie kruchych.

Postawy Stylesa i Biebera były dość niepewne ale maskowane przez udawane luzackie gesty typu dłonie w kieszeniach. Nie zauważyli nas w oknie więc mogliśmy bezkarnie podglądać i podsłuchiwać. Uciszyliśmy się.

-gdzie hajs? - zapytał najwyższy mężczyzna.
-nie mamy.
-że słucham?
-nie mamy, oni się nie zgodzili.
-mądre dzieciaki, nie ma co. - zaśmiał się arogancko na co Justin PRAWDOPODOBNIE zmarszczył brwi. - no co się krzywisz? Jedni mądrzy się wam trafili i już trzeba być przegranym, co? - drwił z nich. Spoko koleś, na serio spoko.
-przestań, gdyby to od nas zależało to skończyli by tak samo jak cała reszta.
-więc w czym problem? - ciągle z nich drwił
-po pierwsze, nie zgodzili się, po drugie, Clarise nie żyje.
-jak to nie żyje?! - owy mężczyzna nagle uniósł się całym swoim ciałem rozkładając szeroko barki. Wyjęli dłonie z kieszeni i cofnęli się o krok. - co wyście z nią zrobili gówniarze?!
-no... o-ona... - Harry próbował się wytłumaczyć jednak owy mężczyzna wpadł do domu i usłyszałam trzask drzwi. Szybko otwarliśmy kawałek naszych drzwi żeby chociaż coś usłyszeć. Słyszeliśmy jego motaninę a potem wrzask przepełniony złością. Do naszych uszy dobiegł dźwięk kroków. Domknęliśmy drzwi i wróciliśmy pod okno.

Zobaczyłam tamtych mężczyzn którzy domknęli drzwi od samochodu i założyli ramiona. Wysoki mężczyzna powrócił dobiegając do chłopaków. Z tego co widziałam na własne oczy, byli przerażeni.

-co wy z nią zrobiliście?! - chłopcy spojrzeli jeden na drugiego nie wiedząc co mają powiedzieć - no kurwa gadaj!!! - chwycił Harry'ego za podkoszulek
-ona wylazła z klatki i chciała nas pozabijać, co innego mieliśmy zrobić?! - Justin szybko krzyknął wyrywając Harry'ego z uścisku mężczyzny.
-zabiliście postrach tego domu, co wy teraz macie zamiar zrobić z tymi bachorami?!
-przecież sami wybrali że chcą górować więc jak możemy ich pozabijać?!
-słuchaj, mam zamiar dostać od was te pierdolone pieniądze! I nie obchodzi mnie co z nimi zrobicie!
-ale co my mamy z nimi zrobić...? - Harry opadł bezsilnie na kolana
-albo wy zabijecie ich, albo oni zabiją was. Jutro dokładnie o 20.00 mija wasz termin. Jeśli oni nie będą martwi, to sam będę wydawał im komendy, żebyście zdechli! - wsiadł do samochodu - a pieniądze i tak wam zabiorę! - odjechali...

Nie wiedziałam na kogo patrzeć i co myśleć. Najpierw zilustrowałam chłopaków. Justin podniósł Harry'ego za ramię. Stali dosyć długo w bezruchu. Potem spojrzałam na Megan. W jej oczach utkwiły jeszcze nie wylane łzy. Opadła na moje ramię i zaczęła płakać. Przytuliłam ją, wiedząc że jeśli Harry i Justin posuną się do morderstw na naszej czwórce, zginiemy w przeciągu 24 godzin. Ta myśl mnie przeraziła. A jeszcze większy strach poczułam na ciele, kiedy usłyszałam że weszli do domu i pozamykali drzwi. Odczułam wrażenie że jestem w więzieniu. Miejscu z którym zwiąże się mój koniec i fakt że nie mogę stąd uciec...

środa, 23 kwietnia 2014

Rozdział 14.

Obudziłam się z bólem w łydkach. Nadciągnęłam mięśnie. Ciepła kołdra otulała moje ciało, a przez okno wpadały ledwo widoczne przez chmury promienie światła. Pogoda była zaiste paskudna. Ciemnoszare bałwany sunęły po niebie a wiatr nieprzyjemnie huczał po pustej przestrzeni w drugiej części domu. A nawiązując, od wczoraj nie ma z ''NAMI'' Clarise ''Mavis'', ale wciąż czuję się tak, jakby ona gdzieś tu była. Jej wczorajsze ostatnie słowa dały się we znaki na mojej psychice.

Podniosłam się na łokciach. Wszyscy spali. Nie zważając na to która godzina, zatopiłam twarz w miękkiej poduszce i spokojnie rozłożyłam spięte nogi wzdłuż łóżka. Byłam lekko zaspana. Czułam nieprzyjemne zmęczenie na powiekach ze względu na to że wczoraj męczyłam się z uśpieniem samej siebie jeszcze dobre pół godziny. Za ten czas usłyszałam dużo biadolenia chłopaków na temat najbliższych planów co do zamiarów na tle Justina i Harry'ego. Uważam że ich cele jak i zamiary wykluczały się nawzajem i nie trzymały kupy. Zupełnie. Były masą kłębiących się pomysłów nachodzących jeden na drugi. Z tego co sama zauważyłam, jeśli jeden był trafny to drugi już go zupełnie paśćił lub zupełnie nie pasował do reszty. Pozatym wydawało mi się że wymieniane przez nich ''na głos'' pomysły, były jedynie częścią zamiarów jakie trzymali cicho w głowach. Tak w zasadzie to było to bardziej wzajemne wymienianie się nienawiścią do właścicieli tego domu i tak zwane ''gdybanie''. ''Gdybym mógł mu teraz... '' albo ''jakbym miał możliwość to bym już dawno go... '' itp, itd.

Dobrze wiedziałam że są pełni złości i entuzjazmu aby coś w końcu móc zrobić. Byli gorąco napaleni na działanie w zakresie kary. Cóż, nie dziwię się. Jednak zastanawia mnie : co tak na prawdę zamierzają zrobić? I, czy ja aby napewno będę na tyle silna psychicznie żeby go karać? ...

No, fizycznie, może jeszcze, gorzej z psychiką. Zawsze mam z nią problem. We własnej głowie widzę się jako nieugięte Macho, ale tak w głębi siebie nie jestem zbyt silna. Psychicznie rzecz jasna. Fizycznie, całkiem nieźle. Cóż, jednak wydaje mi się że kwestia odwetu za te durne 3 tygodnie sprawi że moja psychika nie wywinie mi psikusa i pozwoli na dobrowolne uniesienie ręki. Chciałabym. Owszem, brutalne, nie powiem że nie, ale chciałabym. To byłby zaiste jeden z najciekawszych, najwspanialszych i zapewne najbardziej emocjonujących widowisk dokonanych przez moją osobę.

Ale jest też druga strona medalu. Dobra, rozumiem że dostaniemy - oczywiście o ile Justin i Harry uszanują nasz wybór - władzę nad nimi, to co z tego? Okay, władza absolutna itp. , ale co mi z tego skoro tak czy siak nie będę mogła wrócić do domu? Co mi z satysfakcji karania kogoś skoro dalej będę musiała przeżywać rozłąkę z rodziną? Zabrali mi nawet telefon...

Nie jestem przygotowana. W zasadzie nie wiem czy ten trzeci dzień mija jutro czy pojutrze? Nie wiem. Jestem rozkojarzona i w zasadzie czekam jedynie na jego przyjście. Głupie ale to prawda.

Leżąc wygodnie w pokoju, który zamiast być Logana, stał się naszym wspólnym i gapiłam się w monotonnie białe ściany. Pokój jak pokój. Odstawał wyglądem od reszty domu. No, a co bynajmniej pierwszej jego części. Odstawał od reszty, tak jak cała nasza czwórka.

Usłyszałam ciche kroki na schodach. Zakładam że których z naszych owych ''WŁAŚCICIELI'' tu idzie. Ciężko było sprecyzować kto dokładnie ale ktoś szedł. Szedł, szedł i przystanął tuż przy naszych drzwiach pukając placem 3 razy.

-proszę? - powiedziałam zdezorientowana kulturalnym zachowaniem owej osoby. Po otwarciu drzwi, na prawdę doznałam niesamowitego zdziwienia.
-czy wy wszyscy należycie do tych dwóch młodych mężczyzn na dole? - mężczyzna w garniturze sprawił swoim tonem głosu że reszta szybko się wybudziła. Nie wiedziałam kto to ale zdziwiła mnie jego obecność...
-chodzi o Justina i Harry'ego?
-sądziłem że dla was jest to Pan Justin i Pan Harry. Mylę się? - oczywiście. Realista. Super.
-tak, przejęzyczenie.
-w takim razie jesteście proszeni wszyscy na dół.
-a może chociaż 15 minut na przebranie się w inne ciuchy niż piżama?
-równo 15 minut.

Zamknął drzwi. Rzuciłam wszystkim spojrzenie typu : ,, że co, kurde?'' Ale cóż. 15 minut to 15 minut i nie więcej. Czułam jakby to mówił Justin... Ubrałam się w pospolicie mówiąc, świeże ciuchy i powoli, ostrożnie, wraz z całą resztą zeszłam po schodach na dół.

Stał tam ten śmieszny człowieczek który był u nas chwilę temu. Gościu był na prawdę debilnie ubrany. Garnitur nie pasował do jego masy ciała i wzrostu. Był za duży... Ale oprócz niego stało również 3 innych mężczyzn no i oczywiście Harry z Justinem. Wielmożni Panowie tego domu. Chryste...

-zważając na to że papiery wykazują waszą przynależność do właścicieli tego domu - zaczął ten śmieszny człowiek. A, niech się nazywa Ron. - zostaliśmy poproszeni o upieczętowanie waszej przynależności.
-n-nie rozumiem? - wydukała z siebie Megan unosząc jedną brew w górę.
-bardzo proszę, podejdźcie i podstawcie nadgarstki.

Ron, zaczął szukać czegoś w czarnej walizce. Wyjął z niej, coś co przypominało stępel. Ułożył na nim jakieś pojedyncze znaczki i nakazał aby każdy z nas podstawił nadgarstek. Cóż, byłam pierwsza w kolejności...

Chwycił za mój nadgarstek i z rozmachu cisnął stęplem w moją skórę. Poczułam pieczenie które zamieniało się z każdą sekundą w coś boleśniejszego. W końcu oderwał ode mnie owy przedmiot. Na mojej skórze na której opórcz zaczerwienienia widniał czarny napis. Przetarłam po nim palcami.
1. Cholernie zabolało.
2. To nie chciało się rozmyć!

-co to jest?!
-oznaczenie.
-a co ja to jestem?! Może mi jeszcze kod kreskowy zrobicie ?! - niedowierzałam temu co widziałam.

Na mojej jasnej skórze widniał tatuaż... paskudny tatuaż... cholera jasna! Co to za napis?

'' Właściciele: Justin Drew Bieber & Harry Edward Styles. Niewolnica Victoria Tooker. Nr. 158''

Co - to - kurwa - ma - być - ?! Rozumiem że nie mam żadnego pierdolonego znaczenia w tym domu ale to już przesada!!!

*   *   *

-na jaką cholerę mi to?! - Ethan krzyczał zaraz po tym jak nieproszeni goście wyszli.
-nie rzucaj się. To ma ci przypominać do kogo tu należysz. - Harry prychnął śmiechem. Co za...
-jesteście nienormalni !!!
-hamuj słowa dziecko drogie. Możesz żałować.
-czego mam żałować? - Ethan drwił z każdego słowa wypowiedzianego przez Stylesa. Wiedziałam że to skończy się albo kłótnią albo szarpaniną - tego że za chwilę mi przyłożysz a za dwa dni ja oddam ci 8 razy mocniej?! Tego mam żałować?! Nigdy! Jak chcesz wiedzieć, to czekam na to z niecierpliwością!

Harry'emu pociemniały tęczówki. Chwyciłam Megan za łokieć ciągnąc ją do tyłu. Styles wstał z fotela i powolnym krokiem zmierzał w stronę Ethana stojącego twardo w ziemi. Logan stanął naprzeciw Ethanowi zagradzając drogę, na co automatycznie zareagował Justin. Oni na siebie działają jak... ciężko to opisać, ale pałają do siebie wzajemną nienawiścią.

Widziałam ich twarze zwrócone przeciwko sobie. Dobrze wiedziałam że teraz dla Ethana nie liczy się ból. On wiedział że po jutrze to on będzie górował i już nic go nie obchodziło.

-będziecie udawać idiotów czy w końcu pogodzicie się z tym że jesteśmy nad wami górą? - zadrwił Justin
-jesteś bezczelnym fiutem. Po prostu fiutem. Fajnie byłoby popatrzeć jak zdychasz. - Logan odpowiedział na drwiący komentarz Justina
-serio? Chcesz popatrzeć na moją śmierć? - zadziwił mnie drwiący ton głosu Justina
-nawet nie wiesz jaką wielką by mi to sprawiło przyjemność.
-więc czemu  żaden z was nie zabił nas do tej pory? - tym razem odezwał się Harry
-cóż, już raz, kiedy rozwaliliśmy wam łby szkłem, mieliśmy wielką ochotę was oblać benzyną  i podpalić, jednak litość dziewczyn okazała się dla was zbawienna.

Mierzyli się morderczo wzrokiem. Po chwili wypowiedź Harry'ego sprawiła że zmiękły mi kolana.

-skoro chcesz popatrzeć na moją powolną i bolesną śmierć, to zaraz będziesz miał okazję.

Nie wiedziałam czy on mówił poważnie czy znowu zadrwił żeby w kurzyć Ethana? Nie wiedziałam...
Jednak przekonałam się już niedługo potem i mogę przysiądz że serce cofnęło mi się do gardła.

Harry, wraz z Justinem wyjęli z komody dwa łańcuchy. Źle mi się kojarzy łańcuch, dlatego chwyciłam Megan mocniej za ramię. Co mnie zdziwiło, ominęli z tymi łańcuchami Ethana wraz z Loganem i stanęli tuż przed nami.

-chwyć to. - Justin wystawił do mnie dłoń z łańcuchem.
-ale...
-powiedziałem, chwyć to! - chwyciłam w dłoń, zaraz po Megan, metalowy, zimny, metrowy kawałek łańcucha. Jednak sekundę potem doznałam paraliżu...

Nie wiedziałam że oni będą w stanie zmusić nas, do czegoś takiego... Podciągnęli koszulki na plecach, przyklękli i...

-chłostaj. Tak długo aż nie umrę z wycieńczenia. - Harry wysyczał klękając przed Megan.
-nie mogę...
-chłostaj!
-Harry...
-masz mnie zabić, rozumiesz?! Ethan zażyczył sobie mojego ciepienia, więc wychłostaj mnie!

piątek, 11 kwietnia 2014

Rozdział 13.

Siedząc dociśnięta do nierównej blachy zaczęłam odczuwać niesamowity dyskomfort. Poza tym co jakiś czas mogliśmy usłyszeć jak Mavis łazi po korytarzu i coś tłucze albo rozbija. Zaczynało mi być zimno, zwłaszcza że temperatura w garażu wraz z upływem pory dnia robiła się coraz niższa. A tak się składa że robił się wieczór. To po pierwsze.

Po drugie. Jest mi niesamowicie niewygodnie, muszę do łazienki i jest mi zimno. Poza tym Logan sprawia że każdy mój ruch nie ma prawa przekroczyć granicy połowy metra od blachy garażu bo automatycznie mnie do niej przysuwa. Zazdrośnik poziom Hard.

Po trzecie. Na serio nie mam zamiaru spędzić tutaj nocy zważając na to że w okolicy korytarza jak i drzwi, nieustannie łazi Mavis. Druga sprawa. Jeśli uda jej się wyleźć z domu na zewnątrz to :
a) jakimś cudem znajdzie garaż i znając jej możliwości rozprawi się z cienką blachą bez żadnego problemu
b) wylezie poza bramkę i zaatakuje ludzi
c) będzie łazić w kółko aż my sami nie wyjdziemy z tego garażu.
Biorąc pod uwagę fakt że będzie NOC, wolałabym ją spędzić niekoniecznie tutaj. A jeśli Mavis uzna że ma ochotę na dobijanie się do nas, to całą pewnością nie zasnę.

A tak z drugiej strony i pomijając moje [lub też nasze] dyskomforty, zaczęłam się przyglądać drugiemu końcowi garażu w którym siedzieli dwaj obrażeni na cały świat, władcy tegoż domu. Hm, w sumie pojęcie OBRAŻENI jest raczej mało oddające realny wygląd tej sytuacji. Byli niesamowicie obrażeni, wściekli i znając życie, obgadywali w myślach Ethana z Loganem za każdą pierdołę.

-nie chcę żeby wyszło na to że marudzę ale wydaje mi się że chyba najwyższa pora się stąd wynosić? - zapytałam bez szczególnego zaangażowania
-huh, ciekawe jak chcesz tego dokonać? - poirytowany przerwaniem ciszy Justin znowu obrażonym tonem wyraził swoje ''NIEZADOWOLENIE''
-mówiłam ci co chcę zrobić jakieś pół godziny temu, ale oczywiście nie byłeś na tyle łaskawy żeby mnie wysłuchać. - ironicznie uniosłam brew w górę
-powtórz.
-nie powtórzę, przypomnij sobie, jak przypomnisz, to powiedz. W tedy możemy zacząć działać.

Oparłam głowę o blachę żyjąc z nadzieją że szybko się połapią. I owszem. Nie czekałam zbyt długo.

-no to może wartałoby ją najpierw w coś złapać, związać albo coś?

Wstałam w końcu rozprostowywując nogi i kręgosłup. Rozejrzałam się po całym garażu znajdując z jego kącie dość mocny kawałek sznurka i coś w rodzaju szarej samoprzylepnej taśmy.

-to powinno wystarczyć.
-co proszę? - Harry zadrwił ze mnie patrząc na moje dłonie w których trzymałam owe przedmioty.
-no przepraszam bardzo ale coś ci kurwa nie pasuje? - zaczynał mnie irytować jego brak zaangażowania, pomysłu i wszechobecne lekceważenie w głosie jak i gestach.
-jesteś jebnięta dziewczyno?! Gołymi rękami chcesz schwytać tą paskudę?!
-a co ty jesteś księżniczka i boisz się ubrudzić?! Rękawiczek ci poszukać?! - wnerwił mnie jego brak szacunku dla czyjejś pracy i chęci dobra, dla całej grupy.
-wiesz co, wymyśl coś o wiele lepszego. Ja nie mam zamiaru je dotykać.

Poczułam wewnętrzny ogień, nie wiem co we mnie wstąpiło ale jak stałam, tak rzuciłam sznurem i taśmą w twarz Harry'ego.

-jesteś pierdolonym egoistą! Nie zdziwię się jak przy następnej bójce z Ethanem, Megan pozwoli ci zdechnąć!

Stylesowi rozszerzyły się źrenice. Dziwnie się poczułam z faktem że użyłam Megan jako argumentu, ale będzie musiała mi to wybaczyć.

-skoro jesteś tak genialny w słowach, to rusz dupsko i łaskawie sam coś wymyśl! Bo jak narazie to siedzisz obrażony na cały świat i gówno cię obchodzi czy my damy radę wytrzymać tu jeszcze czy już mamy dość!

Wściekła wróciłam pod blachę siadając obok Logana i Megan, modląc się w duszy aby żadne z nich mnie nie dotknęło bo by zapewne oni też oberwali.

Dobrze wiedziałam że mierzą mnie wzrokiem i czują wstręt do moich słów, ale denerwowała mnie ich całkowita obojętność.

-niby dlaczego to my mielibyśmy coś wymyślić? - Justin złożył ramiona
-nikt cię do tego nie zmusza. Ale jeśli chcemy żyć w spokoju wszyscy, to chyba wszyscy powinniśmy coś robić a jak na razie to tylko Vickie ruszyła głową. - Logan posłał mu informujący sygnął że ma przestać robić z siebie idiotę.
-kurwa... - Styles zaklął pod nosem podnosząc dłonie nieco ponad zgięte kolana - dobra, pierdolę jej brud, trzeba to gówno złapać i rozjebać.

Wstał. Patrzyłam z niedowierzaniem na jego ciało, chwytające za szafę i odciągające ją solidnie w bok. Wstaliśmy w końcu z podłogi.

-co robimy? - Megan zapytała chwytając w dłoń kij do kiełbasek.
-Łapiemy, wiążemy, zabieramy do MARBLE, rozwalamy jej łeb. - Justin chwycił w dłoń kij do golfa.

Linia pod drzwiami nie wskazywała, aby ktoś przed nimi stał. Styles wypuścił ciężko powietrze naciskając na klamkę i otwierając drzwi gwałtownie. Na szczęście nie było tam nikogo.

MEGAN'S POV

Wyszliśmy powoli,  niemal jeden za drugim, człapiąc ciszej od oddechu. Ważny był każdy szelst, który mógł oznaczać jej obecność między nami lub też blisko nas. Szłam powoli ściskając w dłoniach długi pręt. To była jedyna moja ,,BROŃ''.

Udało nam się wyjść poza korytarz. W tedy zobaczyliśmy jej sylwetkę. Wieczór był już późny. Nawet nie wiedziałam że jest aż tak późno. W domu unosił się nieprzyjemny zapach krwi i potu pomieszanego w jedno. Stała nieruchomo wpatrując się w nas mglistym wzrokiem. Jej oczy były blade. Tęczówki niemal zanikły na tle białka. Paskudny widok. Była przerażająca. Dzieliła nas głucha cisza i jeden korytarz.

Bolał mnie fakt, że będę świadkiem morderstwa kogoś, kogo być może da się wyleczyć. Ale wiedziałam że na chwilę obecną to jedyne wyjście.

-Witaj Clarise. - odezwał się w końcu Harry. Więc to jest jej imię. Cóż, przywykłam do Mavis.
-spadaj draniu. - zadziwił mnie fakt że ona potrafi mówić.
-brzydko. Nie powinnaś tak mówić do swojego właściciela.
-jesteś tylko bachorem którego ojciec nie kochał. Nie jesteś moim panem. Jesteś niczym!
-mylisz się, jest od ciebie o wiele mocniejszy i lepszy pod każdym względem - odburknął Justin
-nie odzywaj się. Ciebie widać też rodzice nie kochali.
-zamknij się. Jesteś naszą niewolnicą i powinnaś słuchać.
-ja? - zadrwiła chwiejąc się na nogach - nigdy. Nigdy was nie będę słuchać, pozabijam was wszystkich!
-Clarise opanuj się!
-tyle czasu spędziłam w zamknięciu, wszystko przez was wy zasrani bachorzy! Teraz mi za to zapłacicie!

Wrzasnęła rzucając się w naszą stronę. Podniosłam kij na wysokość klatki piersiowej i dobrze wiedziałam że nie mogę się wycofać. Chociaż stałam tak blisko, nie byłam w stanie zadziałać w niczym. Ani ja ani Vickie. Mogłyśmy jedynie osłaniać.

Cała czwórka pochwyciła ją kładąc na ziemi. Przywiązali jej ramię do tułowia a usta zakleili. Zachowywała się jak opętana kobieta w horrorze. Coś jak egzorcyzmy.

Zaciągnęli ją za związane nogi do MARBLE. Tam, kazali mnie i Victorii poczekać. Zostawili otwarte drzwi. Słyszałam jej zduszone, gardłowe krzyki, a kiedy odkleili taśmę, usłyszałam jej ostatnie słowa:

-zobaczycie wy przeklęci mordercy! Kiedyś was zabiją! Będą rozszarpywać! A ja - zaśmiała się jak opętana własnymi myślami - a ja będę was nawiedzać po nocach. Będę waszym koszmarem. Ten dom jest mną skażony, będę do was przychodzić!

I w tedy usłyszałam odgłos siekiery i paskudny odgłos łamanego kręgosłupa. Ona ucichła...

Czułam własne serce w gardle. Czułam jego bicie, które biło jak tykająca bomba. Zamarłam w przerażeniu kiedy przed drzwi potoczyła się jej głowa i tam spoczęła z miną zaklętą na otwartych ustach i białych gałkach ocznych. Nie zasnę.

VICTORIA'S POV

Powoli, na miękkich kolanach wróciłam do naszego pokoju, potykając się dwa razy na schodach. Byłam osłabiona psychicznie. Byłam niesamowicie osłabiona psychicznie. Czułam wewnętrzną próżnię. Umysł odleciał. Zostało ciało i bombardujące mnie myśli. Usiadłam bezwładnie na dywan. Nagle, zupełnie nieruszony zabiciem człowieka Ethan ruszył typowy temat:

-no! Zostały tylko 2 dni!
-i co z tego? - Vick ruszyła ramionami
-Vickie, mała! Za dwa dni, lepsze życie! - Logan krzyknął radośnie
-a, no tak.
-Logan? - Ethan odwrócił się na łóżku w jego stronę. Czyli w sumie naszą.
-tak ogółem, masz pomysł jak wykorzystać fakt że będą nam całkowicie podwładni?
-na razie nie, a ty już coś wymyśliłeś?
-ooo, sporo tego.
-ale że niby co? - zapytałam unosząc brew
-no zemsta mała, za to zasrane pomiatanie, bicie, katowanie, obrażanie, kaleczenie i ogólnie cała resztę.
-co chcesz im zrobić?
-nie mam dokładnie sprecyzowanego, tego co chcę, ale wiem, że cokolwiek bym nie robił, będzie to kurewsko bolało!

Nie chciałam dłużej słuchać o bólu i cierpieniu. Weszłam na łóżko, opadając bezwładnie i zasypiając dosłownie chwilę potem. Jedyne co zdążyłam sobie wyobrazić to Biebera, na dole, w piwnicy, przyciśniętego przeze mnie do ściany, z zakriwonymi oczami, strugami łez na czerwonych policzkach, z opuchniętymi wargami, potarganymi włosami, z rękami związanymi za plecami i metalowym łańcuchem, przykutym do ścinany, zakończony obrożą spoczywającą na jego szyi. Wiem, jestem brutalna, wiem poszłam spać bo nie chciałam słuchać o bólu a sama go wymyśliłam, wiem nie powinnam. Ale ten widok... ten widok czeka na mnie. Jeszcze tylko 2 dni.

środa, 9 kwietnia 2014

Rozdział 12.

Czując panikę we krwi boleśnie wbiłam Ethanowi paznokcie w ramię. Zorientowałam się dopiero kiedy syknął z bólu. Podniosłam się na równe nogi przylegając ciałem do zimnej blachy wjazdu do garażu. Patrzyłam oko w oko z tą paskudą która na tamtą chwilę wydała mi się nieziemsko odrażającą istotą, jak na kogoś kto był człowiekiem, a co lepsze - kobietą. Była straszna pod każdym względem.

Cóż, jedynie tyle zdążyłam zauważyć. Nie dała mi czasu na to bym przyjrzała się jej lepiej. Swoim wcześniejszym rozmachem wydłubała w naszych drzwiach sporą dziurę. Co prawda nie była ona zbyt wielka ale sądząc po tym, że jest to człowiek, uznałam że rozum jeszcze zapewne je został. Nie myliłam się. Wsadziła ramię w otwór i chwyciła za klamkę.

Zamarliśmy zapewne wszyscy oprócz Styles'a ciągle leżącego pod drzwiami. Wiem że to nie godzi się z moralną etykietą ale nie chciałam ryzykować własnego zdrowia tylko po to żeby go stamtąd zabrać. Zerwaliśmy się na równe nogi. Nasze ciała przylgnięte do blachy i panika w głowie dawały o sobie mocno znać.

Kiedy dotarł do mnie fakt, że ona zaraz tu wejdzie, coś we mnie pękło. Jej dłoń nacisnęła na klamkę otwierając sobie tym sposobem drzwi. Klucze tam zostały. Przekręciła je. Drogę miałaby wolną gdyby nie nieprzytomny Harry leżący tuż pod drzwiami. Nienawidziłam go z całego serca, a mimo to coś mnie zmusiło do chęci pomocy mu. Bałam się jednak że sama mogę skończyć pod drzwiami.

Poczułam dłoń Ethana na mojej. Ścisnęłam ją i czułam jak łzy zaraz wypełzną z moich śluzówek. Trzęsłam się, ale moje serce przestało bić na jakieś dwie sekundy, kiedy drzwi o mały włos się nie otwarły. Powstała szpara. Mavis nie mogła wejść. Harry jej odgradzał dostęp.

Zobaczyłam jak jej jedno ramię sięga w głąb naszego pokoju. Harry zaczynał w tym samym czasie odzyskiwać przytomność, kiedy jej palce zatopiły się w lokach i szarpnęły z dość dużą siłą. Jęknął po czym zorientował się, kto go szarpie za włosy. Wstał jak porażony dociskając drzwi kolanem.

-szafa! - wrzasnął Justin kierując się w stronę szafki z narzędziami. - musimy zastawić nią drzwi!

Byłam zbyt przerażona sytuacją żeby zareagować. Osunęłam sie na podłogę osłaniając się kolanami. Patrzyłam na ich ruchy. Zwinne, płynne, szybkie. Słyszałam jej krzyk. Zastanawiało mnie - czy ona pała w tym momencie nienawiścią, czy zważając na jej chorobę - jest po prostu głodna? Chce zemsty, czy kurwa o co jej chodzi ?! Czuję się jak w nawiedzonym domu...

W ogóle skąd ci ludzie, których widziałam rano, wiedzieli o Mavis? Może oni mają jakiś związek z tą paskudą? Wiem, to kobieta, ale ona teraz zachowuje się jak zwierzę. Jedno jest pewne. Na pewno nie mamy do czynienia ze zdrową psychicznie i fizycznie osobą. Pytanie tylko: dlaczego ona zareagowała DOPIERO teraz?

-wszystko w porządku? - Justin położył dłoń na ramieniu Harry'ego
-ta.. jest OK.

Spojrzałam na jego twarz. Obolała. Musiał nieźle walnąć o ścianę. Zmartwiona i blada. Cóż, Styles nad którym ktoś góruje to nie ten Styles który ma się za pana i władcę. Ale cóż. Wolę nic nie mówić bo jeszcze mnie wypchnie za tą szafę i drzwi. A nie spieszy mi się do tego...

VICTORIA'S POV

Przyklapnęłam tuż obok Megan. Nie podobała mi się sytuacja w jakiej się znaleźliśmy. Szczerze? Wolałabym w tym momencie widzieć nad sobą rękę Biebera który by uderzał mnie po nogach. Przy najmniej byłabym pewna że kiedyś da mi spokój i będę mogła wrócić do pokoju. Teraz, jest inaczej. Chociaż w sumie, męczy mnie jedno pytanie...

-...nas jest 6 a ona jest jedna. Serio nie możemy wyleźć z tego garażu,złapać ją i po prostu wpierdolić do jakiegoś pomieszczenia albo dziury skąd na pewno nie wylezie ?! - spojrzeli na mnie nieco zadziwionym wzrokiem po czym obrzucili wzrokiem siebie
-niby gdzie ty chcesz ją dać? - zapytał Biebs zakładając ramiona
-sądząc po tym że zadajesz mi to pytanie, mam rozumieć że masz zamiar tu siedzieć do końca życia? - ironicznie odpowiedziałam, na co Biebs uniósł brwi
-chcę jedynie wiedzieć gdzie ją dać?
-chociażby do MARBLE. Miałaby tam mnóstwo żarcia, a nam dałaby spokój - wiem, to o MARBLE było paskudne...
-a jak chcesz ją złapać?
-tak żeby nikogo nie podrapała, nie ugryła i żeby jej krew nie dostała się do naszych ran ewentualnie do ust.

Jeszcze raz obrzucili się spojrzeniami. Chłopcy na siłę udawają że znoszą swoje towarzystwo choć w głębi serca wiem, że się nienawidzą. I... wiem że to się odbije zarówno na nas, jak i na nich...

-no to geniuszu, skoro poddałaś propozycję, to bądź tak miła i poprowadź całe działania. - rozbawiony Bieber, któremu nagle wszystko zaczęło zwisać, rzucił dość arogancko w moją stronę.
-boli cię coś? Ja tylko poddałam propozycję, tak?
-skoro ją poddałaś to teraz bądź taki kozak i zacznij działania a my dołączymy potem.
-jebło cię ?! Mam tam sama wyjść ?!
-Life is Brutal.
-Brutal, to ty zaraz będziesz mieć na twarzy, jak nie zaczniesz logicznie myśleć i nie przestaniesz pierdolić głupot! - Loganowi lekko puściły nerwy. Otóż Justin potrafił być nieziemsko irytujący jak na faceta...
-zamknij się szmato, bo jakby nie patrzeć nadal podlegasz pod moją kontrolę, więc lepiej stul pysk.
-że co proszę? - Logan zaczynął przybierać nieprzyjemną dla samego siebie postawę wobec Justina który - jak wiadomo - był dość nieprzewidywalną osobą. - zachowujesz się jakbyś był moim ojcem, a tak w gruncie rzeczy to jesteś tylko o rok starszym,rozpieszczonym bachorem! - ich postawa wobec siebie zaczynała być niewygodna
-zamknij się gówniarzu bo ciebie wepchnę jako pierwszego!
-a może to ciebie wepchniemy tam jako pierwszego?! - Ethan wstawił się za Loganem
-zawryj ryj dziecko, ty tu nie masz nic do gadania! To że nasi koledzy za trzy dni dadzą wam częściową władzę nie oznacza że możecie już teraz robić z siebie królów!
-to samo myślę o tobie Styles! - Ethan zgiął ramię i z niesamowitą siłą uderzył w brzuch, nieprzygotowanego na cios Harry'ego.
-przegiąłeś szmato!

Justin rzucił się z pięściami do twarzy Ethana zadając mu uderzenia. Logan wyszarpał Justina od Ethana powalając go na plecy i chcąc brutalnie odegrać się za... cholera, nawet nie wiem już za co... po prostu zaczął go dusić.

-Logan dziwko, zostaw go! - Harry podniósł się z podłogi chcąc odepchnąć Logana od przyduszonego Justina ale Ethan momentalnie zareagował ponownie powalając Harry'ego na ziemię. Wisiał tuż nad nim.

-złaź ze mnie bydlaku! - syknął Styles uderzając łokciem Ethana w nos.
-dobra suko, sam tego chciałeś! - Ethan podniósł biodra, opierając swoje ciało jedynie na ramionach i palcach u stóp, kiedy z wysokości 30 centymetrów runął kolanem, prosto w krok dociśniętego do podłogi Harry'ego.

Z ust Stylesa wydobył się wrzask, a jego oczy powiększyły się. Momentalnie zaczął prosić aby Ethan zdjął z niego kolano. Słyszałam syk Ethana:
-boli, prawda?

Po czym ułożył palce na jego gardle. Zaczął go dusić i jednocześnie wiercić kolanem. Wiedział że sprawia mu to ból ale robił to celowo. Spojrzałam na sparaliżowaną Megan a potem na Stylesa któremu łzy zaczęły cieknąć po twarzy. Płaczący Harry...

-Chłopcy przestańcie! - Megan w kilka sekund poderwał się z podłogi odrywając wściekłego Ethana od Harry'ego który od razu zwinął się w kłębek.
-Logan, udusisz go! - mój wrzask rozległ się po korytarzu kiedy spojrzałam na powoli domykające się powieki Justina. - przestań!
-Vickie odsuń się, zasłużył!
-Logan do cholery zostaw go!

Oderwałam jego dłonie od szyii dławiącego się powietrzem Justina. Widziałam w jego oczach pogardę co do moich ruchów ale jeszcze chwila, i on by go udusił.

-zostawcie te suki, trzeba się stąd wynosić- Ethan chwycił za nadgarstki Megan odciągając ją jak najdalej od zwiniętego Harry'ego. Ból musiał go ciągle przeszywać. Owszem, należało się im obu. Ale... nie tak mocno...

Logan przycisnął mnie do blachy zakazując abym do którego kolwiek z nich podeszła. Cóż, zgodziłam się, jednak widok tamtej dwójki leżącej bezwładnie na ziemi rozpraszał mnie do granic możliwości. Wiem że oni się nienawidzą i coś mi się wydaje że za te trzy dni, chłopcy zrobią im istne piekło...

-Victoria, przepraszam za to co powiedziałem. - Jęknął Justin podnosząc się niezdarnie z podłogi i kierując wzrok na mnie.
-ok...

Podniósł czerwonego na twarzy Harry'ego i zaprowadził w drugą część garażu z dala od drzwi i od nas. Szczerze? Uh, nie spodziewałam się przeprosin...

czwartek, 3 kwietnia 2014

Rozdział 11.

Nie zgodziłam się ani na opcję pierwszą ani na opcję drugą. Niczego nie wybrałam. Chłopcy wybrali za mnie. Za nas. Wybór był NASZ. A wybrali jedynie oni. Wiedziałam że to się tak skończy. Chociaż sama tak bardzo tego pragnęłam. Pragnęłam dominacji w tym pierdolonym zajściu. Tak cholernie chciałam słodkiego sma ku zemsty. Cóż. Chciałam - to mam. Ethan wraz z Loganem wybrali opcję pierwszą. W sumie, wiedziałam że ją wybiorą. Kto normalny zgodziłby się na dobrowolne obdzieranie ze skóry a potem pozwolenie aby zeżarła cię jakaś kreatura? Nikt.

Spojrzałam na Justina wraz z Harrym. Nie byli zadowoleni naszym wyborem ale musieli się z nim pogodzić. Mam nieuniknione wrażenie że wszystkie trupy w MARBLE były jak dotychczas kobietami które zapewne uległy UROKOWI Stylesa i Biebera, dlatego dały się zabić. Żaden mężczyzna, chłopak, nikt z płci męskiej nie zgodziłby się na coś takiego. Tak na poważnie? Wiem że najbliższe trzy dni mogą być ciężkie ale prawdopodobnie zaraz po nich [miejmy nadzieję] nadejdzie błogi spokój... Tak... miejmy nadzieję.

Patrzyłam jak obłąkane dziecko w nieruchome postacie Justina i Harry'ego. Byli jak z marmuru. Prawdopodobnie byliśmy pierwsi którzy wybrali opcję pierwszą. Chyba nigdy dotąd nie zetknęli się z podobną sytuacją. Byli jak grób. Milczeli. Justin pociągał nosem co jakiś czas i zdrapywał coś z paznokcia w kciuku. Harry miętolił rękaw a jego dłonie drżały.  Z tego wniosek iż : albo się cholernie boi, albo jest cholernie zły, albo mu cholernie zimno... nie wiem. Zastanawiał mnie jeden fakt. Skoro Mavis [tak sobie nazwałam tą pokojówkę] jest tutaj już tyle czasu, to dlaczego nigdy dotąd jej nie słyszałam? Skoro jest tak głośna to dlaczego nie wydała z siebie dźwięku kiedy Harry mnie tutaj przyprowadził po raz pierwszy? Czy ona się gdzieś jeszcze ukrywa?

-dlaczego nigdy dotąd nie słyszeliśmy jej krzyków ani nic? - zapytałam w końcu, nie chcąc aby ktokolwiek z nas za dużo nie myślał o wyborze opcji nr. 1
-bo jak do tej pory nie wpuszczaliśmy was tutaj. Ściany dzielące dom na dwie części są dźwiękoszczelne. A... przynajmniej tak mi się wydaje... - odburknął ciągle niezadowolony Justin.
-róbcie co chcecie, mnie jest tutaj źle, zwłaszcza że nas i tą kreaturę dzieli zaledwie pare metrów! Chodźcie stąd!
-uwierz, to nie jest pare metrów. Ona może być wszędzie. - Harry podniósł głowę a jego wzrok spotkał się z moim. Był lodowaty, przeszyty sensem każdego wypowiedzianego słowa. Mówił prawdę.
-jakto wszędzie? Przecież była zamknięta?
-przy jej sile, wściekłości i możliwościach o których wy nie wiecie, można śmiało twierdzić że ona stoi za którymi kolwiek drzwiami w tym korytarzu.

Rozejrzałam się nerwowo po korytarzu lustrując każde drzwi, szukając jakiejkolwiek maleńkiej szparki przez którą mógłby wystawać kawałek ludzkiego ciała. Albo też jego resztek. Nie było niczego. Głucha cisza, zaczynała być coraz częściej przerywana stukaniem. Wcisnęłam ramiona pod bluzę Ethana, docisnęłam policzek do jego klatki piersiowej i pisnęłam, kiedy coś za nami zastukało.

-wynośmy się stąd!

Szarpnęłam całym swoim ciałem, Ethana w stronę wyjścia. Chciałam jak najszybciej stąd wyjść. On jednak stał jak wryty. Oni wszyscy stali. Ethan, Logan, Vickie, Justin, Harry, tylko nie ja... Postanowiłam że uniosę wzrok na tą wysokość, na jakiej oni utkwili. Podniosłam w tempie pioruna oczy w górę, kiedy mój wzrok zetknął się z drzwiami na piętrze, do którego prowadziły schody. Wrzask rozległ się w mojej głowie kiedy zobaczyłam w pół otwarte drzwi, oplecione bokiem przez niedogryzki resztek palców z który sączyła się kleista maź. W dwóch były paznokcie. Poczułam odrazę i strach. Zza drzwi wyłaniała się kobieca postać. Kobieta jak kobieta. Tyle że inna. Była żywym trupem. Brakowało jej oka. Na twarzy widziałam dziwnie zarysowane blizny. Jej ciało było obleczone w podarte i brudne krwią ubrania typowej pokojówki. Jej ciało było jedną wielką kałuża krwi. Była skażona pod każdym względem.

Poczułam że łzy mi cisną się litrami do oczu a ramiona drętwieją od ucisku w talii Ethana. Byłam przerażona. Skaza jej obecności dotarła do mojego nosa dając o sobie znać. Paskudny odór.

-wiać, cholera, wiać! - Styles krzyknął jak małe dziecko, kiedy zorientowaliśmy że Mavis zmierza w naszą stronę. Kiedy my poderwaliśmy nogi do biegu, ona autentycznie, zeskoczyła z piętra! Bestia poderwała nogi do biegu i wrzeszcząc :
-jesteście martwi! - zaczęła biec w naszą stronę.

Dobiegłam do drzwi wychodząc najszybciej jak się tylko da. Logan pchnął mnie na podłogę żeby ustąpić reszcie miejsca. Patrzyłam jak Justin przytrzymuje drzwi z całą siłą a Harry domyka je kluczem.
-do garażu, te drzwi długo nie pociągną!

Moje nogi przeszywał ból ale stawiałam szybkie kroki. W głowie syczał mi jej wrzask i słyszałam jak dobija się do tamtych drzwi. Dobiegłam do podziemnych schodków prowadzących do garażu. Wbiegłam na dół opadając bezsilnie na kolana. Zaczęłam płakać...

-Meg, będzie dobrze... - Ethan próbował mnie uspokoić
-nie kurwa, nie będzie dobrze...
-KURWA MAĆ!!!!! - Bieber zaklął uderzając pięśćmi w ścianę i ukruszając tynk. - pierdolone klucze!!!
-c...co się stało? - usłyszałam głos Vickie
-ja pierdole.... - wplótł palce w loki powoli i zapewne boleśnie, szarpiąc nimi klął pod nosem - dlaczego musiałem zostawić te jebane klucze, od tego pierdolonego garażu w tym chujowym portfelu na stole ?!!!
-Stary, uspokój się - Harry położył dłoń na jego ramieniu

Patrzyłam na jego bezradność wobec sytuacji i umacniało mnie to w przekonaniu że jego bezsilność jest czymś niesamowitym. To, jak nie wie co z sobą zrobić bo wszystko co jest mu znane, legło w gruzach. Tylko 3 dni...

Siedziałam ciągle porażona sytuacją na tyłach garażu schowana za ścianą, ukryta w ramionach Ethana. On jeden mnie bronił. Jest wspaniałym człowiekiem.

Patrzyłam na drzwi wejściowe, kiedy nagle pod spodem zobaczyłam mały cień. Tak jakby ktoś po drugiej stronie drzwi właśnie przystanął. Zamarłam bo chwilę potem usłyszałam wrzask i huk, a po zaledwie paru sekundach, drzwi, do których Styles siedział tyłem, niemal roztrzaskały się na kawałki i wystająca z nich ręka zdołała chwycić Harry'ego za włosy i szarpnąć całym jego ciałem. W panice i braku kontroli nad swoim ciałem, uderzył głową o ścianę i upadł tracąc przytomność tuż pod drzwiami które niemal staranowała Mavis.

poniedziałek, 24 marca 2014

Rozdział 10.

-po jaką cholerę tam poszliście?! Możecie mi to kurwa wyjaśnić ?! - Justin chodził po pokoju zataczając niebezpieczne kółka. Nie lubię kiedy tak chodzi. Chociaż na tamtą chwilę miałam wrażenie że był zdenerwowany tym, że wszyscy zobaczyliśmy że w cale nie jest taki mocny, na jakiego się podaje. Z resztą oni obaj. Styles jedynie stał wkurwiony tyłem do nas oparty o blat. Jedynie czekaliśmy aż jeszcze on wybuchnie i nastanie 3 wojna światowa...
-albo w końcu zaczniecie gadać albo skończy się to dla was wszystkich kurewsko źle! -Justin wrzasnął poirytowany naszym idiotycznym milczeniem. Ten koleś zaczynał mnie już bawić. Znaczy... do momentu w którym nie podnosił na którąś z nas ręki. Lub na chłopców. W tedy się go bałam. Jednak teraz był nieziemsko debilnym widokiem. Nie mógł się pogodzić z tym co zdołaliśmy zobaczyć.
-weź się tak nie rzucaj bo wyglądasz na serio jak totalny idiota. Pogódź się z faktem że jest ktoś lepszy od ciebie i przestań się wydzierać. - Logan, całkowicie wyluzowany rozłożył się w fotelu i założył łokcie za głowę patrząc z uśmieszkiem na wściekłego Justina.
-ty gówniarzu zasrany! - nie spodziewałam się że Justin to zrobi.

Wstrząśnięty wyluzowanym tonem głosu u Logana wyszarpnął go za włosy na równe nogi. Logan wiedział że musi chronić ranę na nodze, dlatego stał jak najdalej od Justina. Nie zdziwił mnie jednak fakt że w końcu się zdenerwował. Odepchnął Justina zadając mu jednocześnie cios w twarz.

-do jasnej cholery przestańcie obaj! - krzyknął Ethan usiłując ich od siebie odepchnąć. Jednak Harry, ocknął się z transu i wręcz wbiegł na Ethana wyginając mu ramiona do tyłu.

Trzeba przyznać że Justin był o wiele lepiej umięśniony niż Logan. Już po chwili powalił go na ziemię i zadawał kolejne ciosy obezwładniając jednocześnie jego ciało.

Ja nie dałam rady niczego z siebie wydusić. Wbiło mnie w fotel. Nogi chciały biec do pomocy, język krzyczał, myśli huczały a psychika wbiła w fotel i nie pozwoliła się ruszyć.

Harry wypuścił z uścisku Ethana pozwalając mu, aby pomógł Loganowi pozbierać się z podłogi. Justin puścił go i stanął obok.
-wstawać! - nakazał nam ruchem abyśmy wstały. Nogi miałam jak z waty jednak postanowiłam posłuchać. Wstałam, doczepiając się do ramienia Logana. Otulił mnie. Tylko w jego objęciu czułam się choć trochę bezpieczna.
-a teraz przejdziemy sobie na spacerek do drugiej części domu - wysyczał czerwony ze złości Justin.
-c-co? - zamarłam...
-ruchy!

Czułam że zaraz się rozpłaczę. Nie wiem jak wytrzymam te pierdolone trzy dni, ale wiem że być może, będzie to udręka ostateczna. W sumie? Mam taką szczerą nadzieję. Tak właściwie to mam nadzieję na zmianę ról. Wiem, że mówiłam to tyle razy, ale chciałabym chociaż raz, poczuć smak wymierzenia kary komuś, kto na nią całkowicie zasłużył. Tak nieziemsko mi się to marzy... Nawet sobie zdążyłam wymyśleć kilka takich sytuacji. Ale wiem że to nigdy się nie zdarzy. Nigdy nie będę mogła chwycić w dłoń tego paskudnego, skórzanego paska albo łańcucha, nigdy nie zobaczę zwiniętego w kulkę Justina, chowającego twarz przed ciosem, nigdy nie usłyszę jego krzyku i bólu, na który tak cholernie zasłużył. Nie wiem ile bólu otrzymałby każdy z nich od chłopców, ale moja część polegałaby na tym, co sama od niego otrzymałam.

MEGAN'S POV

Postawili nas przed szeregiem paskudnie uciszonych pokoi zasłoniętych białymi drzwiami. Cisza w tej części domu była gorsza nisz koszmar w burzową noc. Słyszałam płacz mimo że nikt nie płakał. Czułam na skórze przeszywający pisk, wrzask, a tego również nie było. Widziałam rozlane kałuże niewinnej krwi. Ale jej też nigdzie nie było. Po prostu czułam że cały ten dom jest przesiąknięty niewinnym i niezasłużonym bólem i katuszami. Zastanawiam się tylko : po co? Czy oni na to zasłużyli?

Pierwsze drzwi, jakie rzuciły mi się najbardziej w oczy były oczywiście, drzwiami prowadzącymi do MARBLE. Były na prawdę paskudne i odstające od reszty. Chwała Panu Bogu że ominęliśmy je. Nie chcę drugi raz powtarzać koszmaru.

Postawili nas przed ostatnimi drzwiami na końcu korytarza. Tak jak prawie wszystkie drzwi w tej części domu, były białe. Równie zakurzone i brudne. Nie bił od nich zapach, nie widziałam plam, zadrapań, podłoga przy wejściu była czysta. Wisiał numer 8. Nie za bardzo wiedziałam dlaczego, to akurat przed tymi drzwiami postawili nas chłopcy ale czułam że musi być za nimi coś konkretnego, skoro wybrali akurat te. Nakazali nam podejść, nacisnąć klamkę i po prostu wejść.

Dobrze wiedziałam co mogło być za drzwiami. WSZYSTKO. Nie byłam w stanie przewidzieć co dokładnie. Tam mogło być wszystko. Poczułam najpaskudniejszy dreszcz na świecie kiedy podeszliśmy bliżej. To dziwne i głupie, wahać się z otwarciem drzwi ale bałam się. Jeszcze chwila i okaże się że moją fobią są białe drzwi...

Wrzasnęłam i wtuliłam twarz w przestrachu do klatki piersiowej Ethana. Kiedy stałam zaledwie kilka centymetrów od drzwi i brakowało może dwóch centymetrów żebym dotknęła klamki, nagle coś lub ktoś uderzył po drugiej stronie w drzwi. To nie był zwykły huk. Ktoś wrzasnął drapiąc w drzwi. Kobieta. Za drzwiami była kobieta. Ale nie mogła być normalną kobietą. Wrzeszczała, drapała drzwi, biła w nie i kopała. TE drzwi, chyba było soldnej grubości...

Jej krzyk przypominał wrzask nawiedzonego ducha z Chińskiego horroru. Tuliłam twarz w skórę Logana który odepchnął mnie natychmiastowo od drzwi.
-kto-kto tam jest? - drżącym głosem zapytała Vickie kładąc dłonie na torsie Logana.
-nasza pokojówka.
-dlaczego jej stamtąd nie wypuścicie?!
-nie możemy. Wyzabijała by nas wszystkich żywcem. Jest niebezpieczna. - oznajmił z całkowitym spokojem Harry
-wyzabijałaby żywcem? Co z nią nie tak? - drżałam pod wpływem własnych słów.
-jest chora psychicznie, fizycznie i ma dziwny rodzaj wścieklizny.
-co to wszystko znaczy?
-jest chora psychicznie bo siedzi tam już od ponad roku, fizycznie bo jakieś 3 miesiące temu zaczął u niej występować samokanibalizm.
-co to znaczy?
-zeżarła własną rękę. Zaczynając od palców. A potem prawie odgryzła mi palec kiedy zanosiłem jej jedzenie. - oznajmił Justin pocierając palec w dłoni
-to... paskudne i straszne zarazem...
-czemu trzymacie ją tam już rok? Nie lepiej żeby specjaliści się nią zajęli?
-nikt tam nie wchodzi, poza tym, kto musi. Ona jest na prawdę chora.
-jak to się stało... i co z tą wścieklizną?
-zaczęło się od tego że rok jak Harry miał jeszcze kota, to ta kotka urodziła 6 młodych.
-one były takie śliczne... - wtrącił Harry. O, ktoś tu lubi koty.
-w tedy zauważyliśmy że z dnia na dzień ubywało o jedno młode. Pewnego wieczora po prostu przyłapaliśmy ją jak zjadała tego małego kota.
-chcieliśmy ją powstrzymać ale ona zaczęła nas drapać, wrzeszczeć i mówiła że nas wszystkich pozabija.
-obaj uciekliśmy żeby zadzwonić po policję i pogotowie żeby ją zabrali.
-tylko że jak przyjechali, to jej nigdzie nie było. Przeszukaliśmy calutki dom.
-nawet MARBLE? - wtrąciłam.
-w tedy jeszcze tego nie było.
-Znaleźliśmy ją dokładnie w tym pokoju jak zjadała resztki biednego kota.
-Chryste... Dusty... - Harry chyba musiał kochać tego kota...
-jak ją zobaczyła policja, kazali nam zaryglować drzwi na wszystkie możliwe sposoby i nigdy jej z tamtąd nie wypuszczać.
-skąd wiecie że... no... ta ręka...
-bo jak raz zanosiliśmy jej żarcie, to resztki z jej ręki leżały na podłodze a ona miętoliła w żebach swój kciuk. Znaczy się chyba, kciuk...
-a ta wścieklizna? Czemu pozabijałaby żywcem? Skoro sama zaczyna się pożerać, to nogi pewnie też już sobie zdążyła zjeść? - Ethan mnie powalił...
-no właśnie nie... Ok, dobra, przyznam, byłem u niej tydzień temu. Nawet nie wyobrażacie sobie, jaka z niej paskuda. Jest wściekła. Boimy się nawet do niej podejść z bliska. Jej ślina jest zarażona. Jeśli ona ugryzłaby na przykład mnie, a Justin nie zdążył by mnie zamknąć, to ugryzłbym jego, potem on was a potem, jeśli byśmy wyszli z tego domu to zaczęlibyśmy gryźć wszystkich po kolei aż policja musiałaby nas zabić.
-nie zaraziliście jej w tedy czymś?
-nie.

Przerażenie krążyło w moich żyłach. To na serio nawiedzony dom... boże, żyję z żywym trupem...

-zaraz... - spojrzałam pytająco zarówno na Justina jak i na Harry'ego - dwa pytania. Po pierwsze: po jaką cholerę nas tu przyprowadziliście, a po drugie: skoro MARBLE nie istniało rok temu, to czemu istnieje teraz?!

Patrzyli na siebie, tak jakby pytali się wzrokiem o to czy wyjawić nam prawdę czy nie.

-chcieliśmy wam zarówno pokazać zagrożenie w tym domu jak i uświadomić was o tym że możecie skończyć za drzwiami tej klatki.
-jak... to skończyć? Wy... chcecie nas tam wrzucić ... ? - poczułam łzy w oczach
-nie. My nigdy z własnej woli nie wepchnęliśmy tam człowieka. To nie nasza rola. W ogóle ta paskuda nie jest nasza, tylko tych pieprzonych typków których dzisiaj udało wam się zobaczyć.
-a... a co z MARBLE?
-to... ci ludzie którzy leżeli jeden na drugim, byli właśnie ofiarami tej pokojówki.

Zaczęłam płakać. Strach opanował moje ciało kiedy ta kobieta ponownie walnęła w drzwi.

-to nie od nas zależało kto tam trafiał a kto nie. My MUSIELIŚMY robić to, co nam kazali.
-ale kto wam kazał?
-ci pierdoleni idioci. Ci co byli tu dzisiaj. To oni rozkazywali.

Patrzyłam z przerażeniem na Justina i Harry'ego którzy stali z pochylonymi w dół głowami. Nie umiałam zrozumieć, co się tak właściwie stało? Ci skruszeni nastolatkowie, nie byli tymi samymi którzy dzień w dzień zadawali nam ból.

-zabraliśmy was tu, żeby uświadomić wam jak cholernie jest duży PROBLEM.
-jaki? - powiedziałam ocierając resztkę łez.
-jeśli oddamy im pieniądze, to role się zamienią. Tamci będą pilnować tego domu, cały czas, to wy będziecie mieć górę nad nami. Wiem, nie wyobrażacie sobie tego, ale tak będzie. Wsadzą wam w dłonie bat i każą bić za to co wam zrobiliśmy... nie pozwolą się wam wycofać. Każą wam zadać tyle bólu ile my zadaliśmy wam.
-więc po co to nam robiliście... ?
-to... to... przeszłość kazała... - jęknął Harry

Nie mieściło mi się w głowie że to na prawdę może się stać...

-ale jeśli nie oddamy im pieniędzy, to każą nam was powoli torturować i w pół żywych wepchnąć za TE drzwi... a... potem... nie wiem co zrobią z nami...
-dlatego wybierajcie.

Justin wypowiedział ostatnie słowa z niebywałą powagą. Słyszałam przerażające szmery dochodzące zza drzwi. W mojej głowie był chaos. Kazali nam wybierać. Ale co my do cholery mamy wybrać ?! Boję się. Tak cholernie się boję...

poniedziałek, 17 marca 2014

Rozdział 9.

MEGAN'S POV

Rano obudziłam się z krwią pod nosem. Dobrze pamiętam coś się stało. Harry kazał mi wejść w głębszą i najbardziej paskudną część MARBLE, a ja odmówiłam. Uderzył mnie. Stąd ta krew. Cóż. Lepiej było oberwać i wyjść, niż pozwolić sobą manipulować i siedzieć tam aż do wieczora. Nie dałabym rady. W nocy obudziłam się nawet parę razy i sprawdzałam gdzie jestem. Paskudne uczucie.

Rozjerzałam się. Vickie nie było w pokoju. Zrzuciłam nogi z łóżka spoglądając na wczorajszo zrobione siniaki. Moje nogi wyglądały jak po jakieś bitwie. Nie lubię mieć siniaków. Nigdy nie umiem ich zakryć. W dodatku dzisiaj są o wiele mocniej widoczne niż wczoraj. Paskudny widok. Cóż, ważne że jeszcze niczego mi nikt nie złamał. Nie zniosłabym odgłosu łamanej kości.

Spojrzałam w lusterko, cóż, nie najgorzej. Poprawiłam ręką rozburzone włosy. Włożyłam świeże ubrania i zeszłam po schodach w dół. Nie widziałam i też nie słyszałam nikogo. No, nikogo poza praktycznie bezszelestnie poruszającą się Vickie. Tak, poza nią nie było nikogo. Rzuciłam w jej stronę uśmiech. Na co ona odpowiedziała ciężkim westchnieniem i spuszczeniem głowy w dół.

-co jest? - nie chcąc owijać w bawełnę podeszłam do niej, odciągając od robienia śniadania i zmuszając do powiedzenia mi tego co się stało.
-Harry i Justin zniknęli bardzo wczas rano. Za cholerę nie mogę się domyślić po co wstali tak wcześnie? - rzuciła oczami w bok robiąc wrażenie że nad czymś myśli. Po chwili znowu spojrzała na mnie. - ale dobra, pomijając to. Usiłowałam zejść do garażu żeby dać chłopcom coś do zjedzenia. Problem jedynie w tym, że ich tam nie było. No a... ja mam stracha, żeby iść i ich szukać bóg wie gdzie. Zwłaszcza po tym jak udało mi się dowiedzieć co jest w drugiej części domu.
-daj mi spokój, nie mogłam przez to w nocy spać...
-nie mam odwagi przekroczyć granicy między częściami tego domu.
-ale... w czym problem?
-Meg, obeszłam 2 razy wszystkie pokoje. WSZYSTKIE POKOJE. Każdy skrawek znanej części domu przebadałam 2 razy. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że nigdzie ich nie ma.
-to... co?
-skoro nie ma ich tutaj, to : albo są za domem ale tam też wolę się nie zapuszczać, albo w drugiej części domu, a tam, to w ogóle wolałabym nie wchodzić. Chuj wie co się kryje za tymi wszystkimi drzwiami?
-a Styles i Biebs?
-cóż, skoro zniknęli chłopcy to oni pewnie też.

Rozjerzałam się po głuchych pokojach. Nie było słychać niczego oprócz naszych oddechów. Vickie ma rację. Druga część domu jest przerażająco irytująca. Przeraża mnie w każdym calu, ale za razem irytuje mnie fakt że nie mogę wiedzieć co tam jest? Chociaż dobrze wiem, że lepiej dla mnie.

Chciałam wiedzieć gdzie Styles i reszta dla tego chwyciłam Vickie za rękę i pociągnęłam do przodu. Zatrzymałam się dopiero w tedy, kiedy przed naszymi oczami ukazały się drzwi z pechowym jak dla mnie, numerem 13. Przejście z jednej części domu do drugiej. Dwa światy. Piekło i jeszcze większe piekło.  Miałyśmy dwie opcje:

-albo wchodzimy przez TE drzwi i badamy skrawek po skrawku morderczych pokoi, albo ryzykujemy oberwaniem za wyjście na podwórko i sprawdzamy co jest za domem?
-wiesz... z pewnej perspektywy chyba jednak wolę wyjść na dwór. Mam wrażenie że za drzwiami są duchy.
-Tak, tak, wiem. To twoja fobia.

VICTORIA'S POV

Po cichu wymknęłyśmy się oknem na parterze i zaczęłyśmy bezszelestnie sprawdzać każdy kąt podwórka, którego nie byłyśmy w stanie dostrzec z okien. Niby nic nadzwyczajnego. Zadbany trawnik i tyle. Coś mi tu cholernie nie pasowało.

-Meg, gdzie jeszcze nie byłyśmy? - lekko pomieszało mi się w głowie.
-wydaje mi się że TAM - wskazała palcem, na odgrodzoną płotem część podwórka która od razu pobudziła moją ciekawość.

Cicho jak koty, podeszłyśmy ''gęsiego'' pod ścianą do owego płotu który w dość dziwny sposób dzielił ogród na dwie części. Zaczynałam coś słyszeć. Było to pierwszym obcym dźwiękiem oprócz głosu Megan. Był jednak zbyt cichy żebym była w stanie rozpoznać go. Był jeden problem. Chcący wiedzieć co tam jest musiałyśmy przejść przez płot, ryzykując że potem, utrudni nam to ucieczkę. Z resztą tak czy siak musiałybyśmy potem wleźć przez okno, tak więc...

Megan jako pierwsza przeskoczyła druciany płot. Ja byłam zaraz po niej. Zadziwia mnie jej wytrzymałość. Nogi ma całe w siniakach ale zapierdalać jak gazela i skakać to dziada potrafi? Skubana. Ok, pomijając to. Zniżyłam się nieco.

Nie szukałyśmy daleko. Jednak to co zastałyśmy minęło się całkowicie z naszymi oczekiwaniami. W sumie spodziewałam się bóg wie czego, a tym czasem po prostu zastałyśmy Logana i Ethana siedzących na trawie, jedynie ze związanymi rękami. Dziwne...

-coś wam się stało? - wyjęłam scyzoryk rozcinając taśmę.
-tak, jest w miarę ok, tylko tamci jakoś dziwnie się zachowują.
-dziwnie? Coś się stało?
-w sumie, to nie wiem. Kazali nam tu siedzieć i czekać a sami gdzieś poleźli.
-gdzieś, czyli gdzie?
-no... TAM.

Pociągnęłam za sobą Megan. Chłopcy rozłożyli ręce patrząc na nas z całkowitym niedowierzaniem.

-nie powiecie mi że pójdziecie tam sprawdzić, co się stało? - Logan zadrwił
-ciekawość mnie zżera - Megan uśmiechnęła się na jego pytanie.

Niezbyt byli zadowoleni, że idziemy zobaczyć co wyprawiają tamci, jednak poczłapali za nami. Zrobiłyśmy jeszcze spory kawałek drogi, zanim udało nam się dojść do celu. A było nim sześciu chłopaków, mniej więcej w jednym przedziale wiekowym i ''NASZA'' dwójka. Patrzyłam na nich ze zdziwieniem. Było widać między nimi ogromną różnicę. Ich sposób mówienia i ruchy zdradzały doprawdy wiele.

Co zdziwiło mnie najbardziej? Przy tamtej szóstce Harry z Justinem nie byli już tak odważni w działaniach jak przy nas. Wręcz przeciwnie. No, może jedynie Justin PRÓBOWAŁ stawiać mały opór, co mu ani trochę nie wychodziło. Harry natomiast kulił się za każdym razem, kiedy ktoś unosił ramię lub dłoń na wysokość jego twarzy. Zdziwienie rozrywało moją twarz, za każdym razem, kiedy widziałam, jak Justin pozwala na to by jeden z nich bił go po twarzy. Był to dla mnie zupełnie niespodziewany widok. Harry zachowywał się przy nich jak małe dziecko które szuka pomocy u dorosłych. Pozwalał na każdy cios wymierzony w jego ciało, co dla mnie było zupełnym szokiem.

Takie dwie alfy, Styles i Bieber, nagle stają się potulne i słuchają wszystkiego co się do nich mówi. Nie wiem, kim byli tamci ludzie, ale miałam wrażenie że mają nad nimi całkowitą kontrolę. Zaczynało mnie to nawet z lekka zastanawiać. Nie mogłam wręcz oderwać wzroku. Nawet nie wiem o czym rozmawiali, byłam zbyt skupiona na ich ruchach.

Poczułam że oczy za chwilę wypadną mi z orbit ze zdziwienia. Kłócili się. Chyba... o jakieś pieniądze, albo nie dotrzymane obietnice. Tak właściwie to z ich krzyków ciężko było wyłapać cokolwiek. Jednak usłyszałam urwaną końcówkę zdania którą jeden z mężczyzn usiłował zakończyć spotkanie.

-[...] jeśli nie oddacie tych pierdolonych długów to zapłacicie mi za to sto razy boleśniej, niż teraz wasi niewolnicy płacą wam za to że są niewinni. Mogę wam przysiądz że będzie kurewsko bolało a ratunku nie będzie. Daję wam 3 dni. Jeśli za 3 dni nie dostanę hajsu, to zrównam was z powierzchnią ziemi.

niedziela, 9 marca 2014

Rozdział 8.

VICTORIA'S POV

Justin zaprowadził mnie w niezbadaną część tegoż właśnie domu. Nie byłam tu wcześniej, chociażby ze względu na to, że nie pozwalali nam na to. Jednak teraz tu jestem. I szczerze, mam dziwne przeczucia związane właśnie z tym miejscem. Jakoś, zawsze mnie tu ciągnęło. Chciałam wiedzieć co tu jest. A teraz, kiedy wiem, że oprócz korytarza z cichą pustką ukrytą za drzwiami nie ma tu nic, wolałabym tu nie być. Tak jakoś... Dziwne przeczucie mnie opanowywuje. Nie żebym się bała chodzenia między pokojami, czy tam coś, ale czuję się dziwnie bo tu jest zbyt cicho. No i jest ze mną Justin rzecz jasna. To akurat przeraża mnie najbardziej...

Szłam dość sztywno. Było słychać stukot naszych butów jak i mój zdenerwowany oddech. Cisza była częścią układanki, która nie pasowała do tego domu. Tu, było cicho. W przeciwieństwie do tamtej części domu, którą znałam na pamięć. Tutaj, było słychać nawet wiatr który ukradkiem wleciał prze dach na strych. Nie lubię takiej ciszy. Ja w ogóle nie lubię ciszy... kiedyś ją kochałam, teraz się jej boję.

Justin chwycił za moje ramię obracając moim ciałem o 90 stopni. Skierował moją twarz jak i całe ciało w stronę schodów. To nie były zwykłe schody. Prowadziły w dół, nie w górę. Podobnie jak zejście do garażu. Tylko że tutaj na końcu były dość... dziwne drzwi. Mówię poważnie. One były na serio dziwne. Justin nakazał mi zejść w dół. Cóż, musiałam posłuchać.

Ostrożnie zeszłam po schodach na dół. Zatrzymałam się jakieś pół metra od nich i od razu narzuciły mi się na myśl dwie rzeczy. Pierwszą z nich był niesamowity kurz i napis. Drzwi były niesamowicie zaniedbane. Co lepsze, były stare i drewniane. Metalowe wzorki utworzone na wzór liter, utworzyły tam napis : MARBLE. Sama ta nazwa nie mówiła mi absolutnie nic. Nie mogłam też na jej podstawie, domyśleć się co może być za drzwiami.

Napis, nie pomógł mi w domyśleniu się, co jest po drugiej stronie, ale zapach który poczułam powiedział mi dość sporo. Zapach był drugą sprawą jaka narzuciła mi się na myśl. Był do prawdy paskudny. Ochydnie słodki i drażniący. Nigdy nie wąchałam niczego bardzie odrażającego. Jednak będąc przy Justinie nie mogłam wybrzydzać.

Z jednej strony kusiło mnie żeby wiedzieć co tam jest i wiedzieć po co Justin mnie tu przyprowadził, ale z drugiej strony wolałam stąd odejść. Wygląd drzwi był nawet kuszący. Sprawiał że chciałam je bliżej zbadać i odkryć ich tajemnicę. Ale zapach który bił od nich, odrzucał mnie i z lekka robiło mi się niedobrze. A może i nawet bardzo niedobrze...

-co tam jest? - odważyłam się zapytać chłopaka który stał za mną. Kiedy się odwróciłam zauważyłam że dalej ma krew na czole. Jeszcze jej nie zmył.
-chcesz wiedzieć? - miałam ochotę powiedzieć : TAK i NIE. Tak, bo byłam ciekawa, Nie, bo odrzucał mnie zapach. - choć w sumie, niepotrzebnie się pytam, i tak byś tam weszła.
-że, co proszę? - moja lewa brew powędrowała ku górze w lekkim zdziwieniu. Jego bezczelny uśmiech wlał się na twarz. Skinieniem ręki wskazał mi na klamkę.
-otwórz, i wejdź do środka.

Nie wiedziałam czy robię dobrze. Postanowiłam że skoro i tak musiałabym tam wejść, to chociaż trochę ułatwię sobie sprawę. Położyłam lewą dłoń na skroni zasłaniając sobie oczy a drugą nacisnęłam na klamkę i pociągnęłam ku sobie. Drzwi ze zgrzytem otwarły się. Postawiłam krok do przodu ciągle zasłaniając sobie oczy. Kiedy natężenie ciśnienia w pokoju zmalało, w mój nos uderzyła ochydna fala tego paskudnego zapachu.

Nie mogąc dłużej wytrzymać zdjęłam dłoń z oczu zasłaniając sobie nią nos. Przytrzymałam na chwilę palce na nosie, kiedy nagle Justin obrócił moim ciałem. Ręce opadły wzdłuż mojego ciała, a już chwilę potem zasłoniłam usta i zrobiłam krok w tył. Na przeciwko mnie, na zakurzonej, brudnej, niewyremontowanej podłodze widniała wielka czerwona plama. Stało tam też łóżko. Białe, jak w szpitalach z koszmaru. Również brudne. W miejscu gdzie powinna znajdować się klatka piersiowa i głowa pacjenta leżącego na takim właśnie łóżku, prześcieradło tamtegoż łóżka było zakrwawione. Obok łóżka, stał drewniany pień. W jego górną nawierzchnię była wbita siekiera. W z brzegów pieńka strumieniami spływały czerwone krople. Przerażenie mnie sparaliżowało kiedy błądziłam wzrokiem po czerwonym brudzie. Plamy krwi były wszędzie. Ściany... wyglądały tak, jakby czyjeś zakrwawione ręce w nie uderzały. Tak jakby ktoś próbował uciekać. Wszędzie walały się szczątki ubrań w kącie pokoju leżała bielizna. Męska, damska... zaczęłam się cofać w przerażeniu kiedy zatrzymało mnie ciało Justina. Idiotycznie się uśmiechał widząc mój wyraz twarzy. Chwycił za moje ramiona odwracając moją twarz w inną stronę. Zobaczyłam róg ściany. Coś za nią było. A na podłodze był ślad. Ślady na podłodze ciągnęły się od łóżka i pnia. Tak jakby ktoś ciągnął kogoś po podłodze za róg tamtej ściany. Wszechobecna krew sprawiła że poczułam się jak w horrorze.Wróciłam wzrokiem w stronę łóżka. Dopiero teraz zauważyłam że do ramy były przypięte łańcuchy i 2 pary kajdanek. To mnie przerażało...

Justin pchnął mnie w tamtą stronę. Bałam się jak cholera. Zaczynały drżeć mi dłonie i warga. Powoli zaczynałam stawiać kroki. Nie spieszyło mi się. Cóż, mnie nie, ale Justinowi najwidoczniej : TAK. Chwycił za moje ramiona i siłą pokierował moim ciałem w stronę rogu.

Zaczęłam krzyczeć, piszczeć i drżeć. Chciałam stamtąd uciec, zaszyć się w pokoju, daleko od tamtego miejsca. Justin postawił mnie siłą przed rozkładającymi się ludzkimi zwłokami. Każde, krwawe, byli trupami. Martwi, cali we krwi, rozkładające się szczątki zamordowanych ludzi. Odór, ten pierdolony zapach. To on mnie tak drażnił. Justin zmusił mnie bym patrzyła na tych ludzi. Jedni byli nie do końca oskubanymi przez szczury kośćmi, inny świeżo rozpadającymi się zwłokami. Zaczęłam płakać. Tak cholernie się bałam. Ja się boję takich rzeczy. Krew była wszechobecna. Tych ciał było na prawdę sporo. Nie wiem ile. Dużo.

Płakałam, prosiłam żeby pozwolił mi wyjść. On tylko bezczelnie się śmiał. Na nim nie robiło to żadnego wrażenia. To on! On i Styles! To oni zabili tych ludzi! Chryste, proszę, dość...

-skończysz identycznie, jeśli nie będziesz mi posłuszna. Rozumiesz? - Justin wysyczał ściskając za moje dygoczące ramiona.
-błagam, Justin, wypuść mnie stąd! - krzyczałam nie mogąc opanować strumienia łez.
-rozumiesz co do ciebie powiedziałem ?! - krzyknął mi prosto w twarz.
-tak, tak, rozumiem... proszę, chcę wyjść...

Szarpnął mnie do wyjścia. W myślach panował chaos. Bałam się. Wiedziałam że tej nocy nie zasnę.

Wyprowadził mnie za drzwi. I szyderczo oznajmił prowadząc za bluzkę do wyjścia.
-nie martw się, Harry da Megan tą samą lekcję jaką ja właśnie dałem tobie. Nie będziesz sama.